internet
internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Rekord świata

Życie w rekordowych czasach może wywołać u człowieka poczucie wiecznego zamętu. Mniejsza już o te wiecznie rosnące megapiksele w aparatach fotograficznych czy sieciowe megabity tyjące w obrzydliwy sposób. Prawdziwy mętlik zaczyna się wtedy, gdy do akcji wkracza specjalista od promocji, reklamy czy marketingu, on bowiem wie, iż publiczność kocha superlatywy i chętnie o nich poczyta. Jeśli coś jest największe, najpotężniejsze, najlepsze – to dobrze. Od biedy może być nawet najmniejsze, najsłabsze lub najgorsze: w końcu też jest „naj”. Optymalna sytuacja następuje jednak dopiero wtedy, kiedy widzimy przed sobą coś co jest mistrzem świata, absolutnym rekordzistą w swojej dziedzinie, czymś pierwszym. Bycie pierwszym gwarantuje sukces. Rekordowe czasy mają to do siebie, że pełne są różnorakich rekordzistów, przy czym coraz mniej ważne jest to, czy rekord jest prawdziwy, czy też nie.

Rekordzistą świata ogłosił się ostatnio japoński koncern samochodowy, rekord zaś został odtrąbiony oraz opisany ze szczegółami pod ogólnym hasłem „pierwsze na świecie auto sprzedane na Twitterze”.  Sprawa nie byłaby może taka śmieszna, gdyby nie owe wspomniane szczegóły, bo firma rozpisała się o nich ponad wszelką ludzką miarę. Nabywca samochodu, niejaki Raul Escolano za pośrednictwem serwisu społecznościowego wpierw dowiedział się o możliwości kupienia pojazdu, potem (już przy użyciu serwisu Periscope) obejrzał go z każdej strony. Dodać należy, iż uczynni handlowcy hiszpańskiego przedstawiciela japońskiego giganta stanęli na wysokości zadania: obfotografowali auto dokładnie tak, jak Raul sobie tego życzył. Później pan Escolano zapytał jeszcze współtwitterowców, co o takiej transakcji myślą. 43% myślało pozytywnie, dlatego też Hiszpan zdecydował się na zakup auta.

W tym miejscu nachodzi nas pierwsza wątpliwość. Mniejsza o systemy sprzedaży, w których zbyto już niezliczone ilości samochodów, bo w Polsce udało się sprzedać nawet samochód który nie istniał. Mniejsza o handel szalejący w społecznościowym królestwie pana Zuckerberga. Ale jak Twitter Twitterem ludzie zawsze sprzedawali tam samochody: od pana Zenka z Zebrzydowic po firmę „Auto-kupiec”. Można oczywiście dowodzić, że to pierwszy raz aż tak oficjalnie, aż tak bezpośrednio i aż tak uroczyście. Niestety, znów musimy wrócić do szczegółów. Szczegóły zaś są takie, iż transakcję z panem Escolano sfinalizowano dość ciekawie, bo kurier dostarczył mu kluczyki wprost do domu. Wyposażony w kluczyki klient mógł już spokojnie wsiąść do pociągu (lub autobusu ewentualnie taksówki) i udać się do przedstawiciela japońskiego koncernu, by odebrać swoje auto. Po jaką cholerę kurier wiózł mu te nieszczęsne kluczyki niestety nie wiadomo; w końcu samymi kluczykami nigdzie zajechać się nie da. Cała operacja tym bardziej pachnie reklamową ściemą, że akurat (przez zwykły przypadek) Raul nabył dokładnie ten sam model auta, który jest obecnie promowany na lewo i prawo. Wiele nieszczęsnych redakcji bezkrytycznie złapało temat pierwszej sprzedaży pierwszego samochodu. W taki sam sposób łapiemy się często na opowieściach o nowatorskich wynalazkach, które w istocie nowatorskie nie są. Robot, który coś nowego robi, kamera, która ma jakąś szczególną cechę, aplikacja oryginalnie wymyślona – wszystko to nader często okazuje się surowcem wtórnym, plagiatem do potęgi lub ściemą na marketingowym pasku.

Dlatego też powiedzieć trzeba wprost, że Raul Escolano żadnym rekordzistą nie jest i do annałów za dziesięciolecia nie trafi. Prawdziwych herosów szukać trzeba ze świecą – tak jak ze świecą wyszukano pana Otisa Johnsona, obywatela Stanów Zjednoczonych Ameryki. Zgodnie z wyrokiem za usiłowanie zabójstwa w 1970 roku pan Otis rozpoczął odbywanie kary pozbawienia wolności. Czynność ta zajęła mu 44 lata. Tak się złożyło, że specjalnego kontaktu ze światem za kratami pan Johnson nie utrzymywał, kiedy więc wyszedł na nowojorskie ulice doznał szoku. Już wędrówka trotuarem stała się dla niego męczarnią, bo wciąż widział ludzi ze słuchawkami w uszach, którzy mówili coś po cichu do ukrytych mikrofonów. Wszystkich ich Otis uznał za agentów FBI, bo kiedy ostatnio wędrował tą drogą, jako żywo nikt słuchawek dousznych (poza szpiegami) nie używał. I to jest dopiero prawdziwy rekord świata: żyjąc w drugiej dekadzie XXI wieku nie mieć pojęcia o internecie, smartfonach i całej reszcie.



polecane strony:

Górny Śląsk - warto odwiedzić

Antryj - gwara i kultura Górnego Śląska

Kuchnia Śląska - przepisy

Portal Powiatu Tarnogórskiego

Gwarki - tarnogórska impreza

Kici - kici: kocie sprawy

autor:

autor.jpg
Zbigniew Markowski

poczta elektroniczna
Facebook - G+ - YouTube