internet
internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Książka czy film?

Autor dzieła literackiego z połowy siedemnastego, osiemnastego, czy dziewiętnastego wieku mógłby wpaść w niebotyczne zdumienie na widok swojej twórczości przeniesionej do świata kina. Nas to już nie dziwi, mało tego – zajmujemy się dylematami w stylu „co jest lepsze: książka, czy film”. Porównujemy różne (uwaga – ważne słówko) adaptacje, bo tak zwykle nazywa się odmienne wizje tego samego pierwowzoru. Tworzywa są różne, bo czytatło pozwala na znacznie większą grę wyobraźni odbiorcy, film zaś opowiada o tym, jak reżyser wyobraża sobie prawdziwą opowieść o tym, co ktoś kiedyś napisał. Zjawisko rozwija się przepięknie, my zaś otrzymujemy produkt z dziedziny bardziej lub mniej wyrafinowanej kultury. Czasem tylko wybucha jakiś skandal, bo publiczność twierdzi, iż jakaś aktorka jest za mało sienkiewiczowska. Pokrzywdzeni byli jedynie przedstawiciele innych dziedzin sztuki, bo takich (dajmy na to malarzy) adaptować nie chciał. Z tym jednak koniec.

Nastał koniec z brakiem adaptacji malarstwa, ponieważ nastąpił tak zwany znamienny początek, który łączyć należy z sylwetką Jakuba Ruszały – absolwenta krakowskiego Uniwersytetu Ekonomicznego, który dla rzeczywistości rozszerzonej znalazł zastosowania inne niż te związane jedynie z rozrywką. Wpierw zabrał się za ikonę w postaci filmu „Odyseja kosmiczna” i przygotował do zwiedzania w trzech wymiarach (za pomocą okularów) kokpit legendarnego statku międzyplanetarnego. Ponieważ jednak z ikonami trzeba uważać, projekt zakończył się fiaskiem: właściciel praw do filmu nie zgodził się na upublicznienie prezentacji. Ruszała przeniósł się więc na grunt rodzimy, bo związany z postacią Zdzisława Beksińskiego. Obrazy kultowego twórcy zostały zaadoptowane do urządzeń Oculus Rift i HTC Vive oraz – w oczywisty sposób – wzbogacone. Dzieła malarskiego nie oglądamy więc w tradycyjny sposób, lecz od środka, z niespotykanych dotąd perspektyw.

Jak na adaptację przystało, stanowią autorskie odczytanie twórczości Beksińskiego wzbogacone o możliwości animacji. Ogień prezentuje się w postaci ruchomego płomienia, ptaki z obrazu zamiast tkwić na płótnie – odlatują machając nostalgicznie skrzydłami. Co wrażliwszy widz potrafi krzyknąć głośno jeżeli coś w obrazie go przestraszy: zupełnie jak odbiorcy pionierskiego filmu o pociągu wjeżdżającym na stację, którzy bali się jadącej wprost na nich ekranowej lokomotywy. Są ludzie, którzy wychodzą z obrazów mając łzy w oczach, zaś średnia statystyczna opinii waha się między euforią a zachwytem. Wbrew obawom samego Ruszały projekt okazał się więc wstrząsającym sukcesem i operacją, na którą często brakowało biletów w piętnaście minut po rozpoczęciu ich sprzedaży.

Od roku trwają już incydentalne prezentacje: w Sanoku (tamtejszemu muzeum zapisał Beksiński całą swoją twórczość), Tarnowie czy Krakowie; twórca wizualizacji zapowiada ekspansję na północy Polski. Akcja przepięknie wpisuje się w modę na Beksińskiego, znów zresztą opartą na koronkowej adaptacji, bo mamy przecież i książkę, i film, i niejedną wystawę. Nie możemy również zapominać o niejednej dyskusji w internecie. Na zjawisko zwane „Beksiński 3D” warto zwrócić uwagę nie tylko dlatego, że działa na wyobraźnię. Nietrudno bowiem wyobrazić sobie pojawienie się konkurencji, która uzna, że to ona głębiej, piękniej i efektowniej potrafi pokazać dzieło malarza od środka. Później przychodzi wizja jeszcze ciekawsza – moda na oglądanie obrazu inaczej, tak jak dziś widzimy ukształtowaną modę oglądania literatury w kinie. Wizja ta zawiera w sobie futurystyczne pytanie, czy publiczności podoba się nowa adaptacja „Nocnej straży” Rembrandta (na przykład w reżyserii  Ridleya Scotta)  wsparta opowieściami o tym, jak ktoś poszedł na obraz – tak jak chodzi się na film - i pokłócił się z  porucznikiem Ruytenburghem z płótna. Względnie – doznał jakichś potłuczeń w czasie oglądania „Bitwy pod Grunwaldem” Matejki. Ale oprócz lawiny możliwości, które możemy lada chwila dostać w prezencie jest też wniosek natury ogólnej, który mówi, iż żadna technologia nie jest wiecznie przypisana do jednego, jedynego zastosowania. Ktoś kiedyś powiedział, że jeżeli da się czymś jeździć, ludzie prędzej czy później zaczną się tym czymś ścigać. Sprawy zaszły już znacznie dalej. Jeśli cokolwiek da się dzisiaj pokazać w odmienny sposób, ludzie prędzej czy później zrobią z tego sztukę.



polecane strony:

Górny Śląsk - warto odwiedzić

Antryj - gwara i kultura Górnego Śląska

Kuchnia Śląska - przepisy

Portal Powiatu Tarnogórskiego

Gwarki - tarnogórska impreza

Kici - kici: kocie sprawy

autor:

autor.jpg
Zbigniew Markowski

poczta elektroniczna
Facebook - G+ - YouTube