internet
internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Veni, vidi vitae

Opiekunki przeróżnych sztuk – greckie boginie muzy – otrzymały od nowoczesnych technologii całkiem pokaźny zestaw prezentów. Komputer w służbie Terpsychory odpowiada za wyrafinowane oświetlenie, Urania dostała pakiet oprogramowania, Erato – zatrzęsienie serwisów społecznościowych. Ale żadna z cór Zeusa nie skorzystała na cyfrowej rewolucji tak bardzo jak opiekunka historii - Klio. Może nawet – zamiast ze zwojem papirusu jak czynili to autorzy malowideł na wazach i posągów - powinno się zacząć przedstawiać ją przynajmniej z jakimś skromnym tabletem. Nie, nie chodzi tym razem o wyraźnie zarysowany w internecie renesans dysput związanych z przeszłością i hobbistycznego rozwijania pasji historycznej. Nie chodzi o sieciowe poszukiwanie przodków ani o grupy rekonstrukcyjne. Mowa o wizualizacji – procesowi, który za sprawą procesorów sprawia, iż historię widać.

Z historią już tak jest, że zaczyna się od materiału źródłowego. Autorzy filmu mieli do dyspozycji sześć godzin kronik powstania warszawskiego z których zmontowano 85 minut fabuły – może problematycznej, bo obraz wypracował nową w skali globu kategorię „non-fiction”. Całość pokolorowano, dodano ścieżkę dźwiękową odczytując poszczególne kwestie z ruchu niemych warg. Fotograficy mówią, iż operowanie jedynie odcieniami szarości daje wrażenie przekazu ponadczasowego; takie właśnie były zawsze wojenne kroniki – oznaczone pieczęcią minionej historii, podręcznikowe, suche, oficjalne, nieco zniszczone. Trochę jak zdjęcia ze starego albumu przedstawiające ludzi, o których zawsze wiedzieliśmy jedno – nigdy już nie przemówią. Ale osoby zarejestrowane w 1944 roku powstańczą kamerą przemówiły. Stały się kolorowe i przez to prawdziwsze. Można – rzecz jasna – mieć na temat filmu zdanie krytyczne, opinii takich zresztą nie brakuje; nie można  jednakowoż obrazowi odmówić nowatorstwa i ukazania historii nie tej scenariuszowej, pisanej przez małe „h”, ale Historii.

Później zobaczyliśmy inną Historię i – jak zwykle – zaczęło się od źródeł: tym razem fotograficznych. Magistrantka katowickiej Akademii Sztuk Pięknych przedstawiła bowiem film będący efektem prac nad trójwymiarową rekonstrukcją pałacu rodu von Donnersmarck zwanego Małym Wersalem. W lokalnej skali okolic gminy Świerklaniec zburzony pałac budzi nie mniejsze emocje niż warszawska epopeja z sierpnia 1944 roku. Imponujące dokonanie francuskiej myśli architektonicznej (nad budowlą pracował zespół autorski Luwru) niespotykanej urody, idealnie wkomponowane w zespół parkowy, niewątpliwe arcydzieło miało bowiem pecha. Najpierw przeżyło dwa pożary – pierwszy gdy w komnatach ognisko rozpalili radzieccy żołnierze, drugi – wzniecony prawdopodobnie dla zatarcia śladów grabieży. Niecałe dwadzieścia lat po wojnie ruiny wysadzono w powietrze pozbawiając następne pokolenia możliwości obejrzenia świerklanieckiego cudu. I trzeba było dopiero kolejnego cudu, tym razem technologicznego, by Mały Wersal zobaczyć na własne oczy. Wspomniana artystka przy użyciu silnika gry komputerowej stworzyła trójwymiarowy model pałacu, który zaprezentowała szerokiej publiczności. I znów zobaczyliśmy coś, co minęło. Wirtualna kamera przeleciała nad dachem budowli, przemknęła nad przypałacowym stawem, otarła się o gzymsy, okrążyła rzeźby Fremieta. Widzieliśmy już archiwalne zdjęcia, stary film, przeróżnego rodzaju eksperymenty takie jak chociażby Mały Wersal zbudowany przy pomocy oprogramowania sygnowanego znakiem klocków Lego. Tym razem jednak ruch, kolor i detal potrafiły przebić barierę ochronną sceptycznej wyobraźni.

Gdy oglądamy przeszłość oczami wzmocnionymi przez cyfrową technologię, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że powstaje nowa nauka pomocnicza historii. Przypomina ona nieco pracę archeologa – dane do nakarmienia komputerów trzeba w końcu wydobyć, uporządkować, nadać procesowi wizualizacji konkretny kształt. Ta swoista cyfrowa archeologia jeszcze raczkuje, bo to, co oglądamy jest częstokroć pierwsze, jedyne w swoim rodzaju, nowatorskie i odkrywcze. A skoro jest pierwsze – pozostawia niewyobrażalnie wielkie pole do rozwoju, który nie mógłby nastąpić, gdyby nie powstały nowe narzędzia. Klio – odłóż ten papirus, ludzie chcą zobaczyć przeszłość.



polecane strony:

Górny Śląsk - warto odwiedzić

Antryj - gwara i kultura Górnego Śląska

Kuchnia Śląska - przepisy

Portal Powiatu Tarnogórskiego

Gwarki - tarnogórska impreza

Kici - kici: kocie sprawy

autor:

autor.jpg
Zbigniew Markowski

poczta elektroniczna
Facebook - G+ - YouTube