internet
internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Poradnik awatarowy

Gazety codzienne i codzienne dzienniki potrafią skutecznie przekonać nas, iż tradycyjną drabinę ważności przeróżnych informacji wciąż ktoś przekłada do góry nogami (odcinając częstokroć kilka szczebli). Dlatego też – idąc z duchem czasu – zajmiemy się obecnie sprawą najważniejszą dla każdego człowieka - bez drążenia nieistotnych błahostek typu: gospodarka, podatki czy szkolnictwo. Priorytetem obywatela jest bowiem jego własna  koncepcja zdjęcia profilowego w popularnym serwisie społecznościowym (jak mawiają w popularnych stacjach telewizyjnych, by za żadne skarby nie wymówić nazwy Facebook). Awatar to opoka naszego sieciowego wizerunku, śmietanka samoświadomości. Stąd konieczność udzielenia odpowiedzi na filozoficzne pytania. Jaki awatar? Dlaczego taki? Istnieją w sieci (bo istnieje tam wszystko) podręczniki do robienia owych awatarów, mamy jednakowoż coś lepszego – studium przypadku.

Przypadek jest muzykiem, nazywa się John Porter i już raz udało mu się wprawić w osłupienie całą Polskę. Uczynił to w roku 1976 emigrując z Walii do krainy nad Wisłą, co (z grubsza rzecz biorąc) oznaczało zamianę siekierki brytyjskiego dobrobytu na kijek polskich kolejek sklepowych, wiecznej szarzyzny oraz siermiężności. Porter w likwidację siermiężności wniósł swój niezaprzeczalny wkład – wpierw pomagał tworzyć zespół Maanam, później okazało się, że pomógł stworzyć polską muzykę rockową końca XX wieku. Ludzie dodający na FB Johna Portera do kręgu swoich znajomych kierują się przeróżnymi motywami: sentymentalnymi, estetycznymi, czasem – irracjonalnymi. Ostatnio jednak Walijczyk zgłosił na swoim profilu oficjalny protest poparty groźbą. Koniec - powiedział John - przyjmowania do grona przyjaciół postaci, które nie mają ludzkich awatarów. Dodał, iż nie szuka znajomych wśród kotów, psów, kwiatów czy pustych kwadratów, że źle się czuje w takim ZOO oraz ostrzegł, iż za tydzień skasuje całą tę menażerię.

Wpis wywołał oddźwięk o nieprawdopodobnej dynamice. Odezwali się  klakierzy, którzy poklepując Portera po wirtualnych plecach wykrzyczeli słowa poparcia (brawo, wywal tych palantów, ciekawe kto tak wkurzył Johna?). Później zaczęły się wątpliwości czyli schody. Pewna pani stwierdziła, iż jej zdjęcie profilowe przedstawia – co prawda – głowę od tyłu, lecz jest to z pewnością jej głowa, za autentyczność której ręczy głową. Kolejna kobieta spytała, czy muzyka urządza uwidoczniony na awatarze cień jej nóg na trawie (przy założeniu, iż ręczy za autentyczność i nóg, i cienia, i trawy). Inni – w oddzielnych plikach nadesłali fotografie swoich twarzy, za które również poręczyli. Pewien pan obraził się pisząc „nie to nie”, co było o tyle dziwne, iż miał na awatarze idealnie wyeksponowaną głowę. Następny pan przysiągł, iż koń widoczny na zdjęciu profilowym jest autentyczny oraz stanowi jego własność. Porter został więc poddany typowo polskiej presji polegającej na szukaniu dziury w prawie: procesowi, którego nie wytrzymał ani Bismarck, ani Stalin. No i stało się - padło pytanie o awatara z wizerunkiem gitary. Cios był celny - Walijczyk dał się podejść jak dziecko - stwierdził, że gitara może być „bo jest ludzka” - w taki sposób zakończyła się całkiem dobrze zapowiadająca się akcja cywilizowania awatarów. W mentalnej tamie powstała dziurka, przez którą mogą już bez przeszkód wlewać się całe hektolitry gitar w kształcie psa, gryfy fotografowane od tyłu, koty ułożone ze strun i tak dalej.

Nawet na angielskim (najbardziej ponoć zdyscyplinowanym na świecie) trawniku, źdźbła nie układają się zawsze w jednym, określonym ściśle kierunku. Tym bardziej nie możemy spodziewać się dyscypliny w największym chaosie informacyjnym, jaki udało się stworzyć cywilizacji ludzkiej – w zamieszaniu tym zresztą tkwi największy atut internetu: zdolność do zmiany, ewolucji i ciągłego postępu (choć czasem w dziwacznych kierunkach). W roku 1980 John Porter miał zamiar wydać płytę, znalazł sobie do niej doskonały i jednoznaczny tytuł - „Mobilizacja”. Cenzura miała na temat jednoznaczności swoje własne, odrębne zdanie i wydawnictwo zablokowała. Może to dobrze, że każdy sam wybiera własny awatar – nawet jeśli jest on beznadziejny. I może jest to bardzo, bardzo ważna sprawa.



polecane strony:

Górny Śląsk - warto odwiedzić

Antryj - gwara i kultura Górnego Śląska

Kuchnia Śląska - przepisy

Portal Powiatu Tarnogórskiego

Gwarki - tarnogórska impreza

Kici - kici: kocie sprawy

autor:

autor.jpg
Zbigniew Markowski

poczta elektroniczna
Facebook - G+ - YouTube