internet
internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Kto jest kim

Dziennikarstwo uczestniczące upadło. Niegdyś Günter Wallraff  - lewicujący niemiecki żurnalista – po stosownej charakteryzacji – złośliwie penetrował redakcję Bild Zeitung, udawał imigranta o odmiennym kolorze skóry, symulował alkoholizm. Na Śląsku działał Marian Bijoch z redakcji „Panoramy” pasjami przebierający się a to za robotnika budowlanego, a to za sprzedawcę w katowickim domu handlowym. Z operacji takich powstawały ciekawe relacje o mechanizmach, których nie sposób wyśledzić prowadząc obserwacje jedynie z zewnątrz. Plonem przebieranki stawały się bardzo poważne publikacje w mediach, często również książki dostępne w masowemu czytelnikowi. Wydawać by się mogło, że anonimowy, przesycony ludźmi i treścią internet jest idealnym środowiskiem do takowych poczynań. Niestety - nie.

Co prawda kilka lat temu dziennikarze krajowej „Wyborczej” z wypiekami na twarzy logowali się na erotycznych czatach, by później napisać jak fajnie było, gdy on udawał atrakcyjną dziewczynę, a ona – nie mniej atrakcyjnego młodzieńca. Na tym jednak się skończyło. Fundacje specjalizujące się w społeczeństwie sieciowym zamiast udawać petentów piszą do urzędników wprost i uczciwie, że ten oto mail ma na celu sprawdzanie, czy też jedno starostwo z drugim odpowiada na korespondencję elektroniczną. Dziennikarz zamiast sprowokować w serwisie społecznościowym ciekawą sytuację anonsuje się wprost pisząc, że właśnie tworzy artykuł i potrzebuje tak zwanych cytatów, rozmówców czy wręcz – osobowych źródeł informacji. Zupełnie jak jakiś Mossad, który kilkanaście lat temu ogłosił na swojej stronie www, iż poszukuje szpiegów, którzy mogą się zgłaszać na ten i ten adres.

Pozornie dziwna sytuacja ma jednak proste wytłumaczenie, które jako żywo przypomina scenę z filmu, gdzie na jednym balu tańczy kilkudziesięciu gości przebranych w identyczne stroje Zorro. Można bowiem robić za Zorro, jednakowoż traci to sens, gdy takim Zorrem może być każdy. Fałszywa tożsamość jest często w sieci normą. Nawet jeśli w necie odezwie się jakiś prominent (widoczny z imienia i nazwiska) wcale nie mamy pewności, że to on – równie dobrze możemy czytać wynurzenia dowcipnisia, który pokłada się ze śmiechu produkując kolejne wpisy. Nawet jeśli podpis jest prawdziwy i potwierdzony, nie ma żadnej gwarancji iż powszechnie znana osoba nie wynajęła sobie jakiegoś netowego wyrobnika do prowadzenia swoich spraw i odpowiadania w cudzym imieniu.  Banki już dawno zaprzestały korespondencji sieciowej z klientami z tego samego powodu: fałszywy Zorro wysyła ciągle jakieś prośby o logowanie oraz (na wszelki wypadek) prosi o podanie numeru telefonu delikwenta. Pod fałszywą banderą na sieciowym oceanie unoszą się dziesiątki stron, które udają kogoś innego. Klub dyskusyjny chorych na przewlekłą chorobę okazuję się być witryną przedsiębiorstwa farmaceutycznego wciskającego swój towar wszelkimi sposobami.

Przebieranki w stylu dawnych żurnalistów czasem się zdarzają i swoje apogeum w oczywisty sposób osiągają na łamach internetu. Na tak zwanej patriotycznej manifestacji pewien dziennikarz przebrał się za czarnoskórego obywatela, by obnażyć ksenofobię i zaprzaństwo. Operację nagrano kamerami, opisano słowami i obnażono, co było do obnażenia. I co? Otóż nic. Zgodnie z sieciową tradycją eksperyment podzielił czytelników na dwie grupy: zwolenników prowokacji oraz jej przeciwników. Dwa zestawy tradycyjnych adwersarzy stworzyły dwa tradycyjne zestawy wzajemnie zwalczającej się argumentacji. Każda ze stron odtrąbiła moralne zwycięstwo powtarzając w kółko te same wytarte po różnych internetowych kątach komunały. Później odezwał się autentyczny Murzyn – polski patriota, który stwierdził, iż on chodzi na wspomniane marsze od lat (nie przebierając się kompletnie za nic) i nic też strasznego podczas owych demonstracji nigdy mu się nie przytrafiło. Czarnoskóry Polak – katolik był dodatkowo niepełnosprawny, co powinno zamknąć usta wszelkiej krytyce, jednakowoż nie zamknęło, bo nikt nie udowodnił, iż postać ta jest prawdziwa. Może jest, a może nie jest – jak Zorro z filmu. Jeśli zaś ktokolwiek z Szanownej Publiczności wątpi, czy czytany właśnie felieton jest prawdziwy, niniejszym udziela się wyczerpującej odpowiedzi: nie wiadomo.

internet - felietony


polecane strony:

Górny Śląsk - warto odwiedzić

Antryj - gwara i kultura Górnego Śląska

Kuchnia Śląska - przepisy

Portal Powiatu Tarnogórskiego

Gwarki - tarnogórska impreza

Kici - kici: kocie sprawy

autor:

autor.jpg
Zbigniew Markowski

poczta elektroniczna
Facebook - G+ - YouTube