Alice in Chains to zespół który odkryłem nie dawno. Fascynacja zaczęła się przy odsłuchaniu „Man in the Box”. Zaczarowało mnie, bardzo ciężkie jednakże charakterystyczne brzmienie. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy, dokładnie analizuję kolejne wersy piosenki. Tytułowy „Człowiek w pudle” jest metaforą współczesnego odbiorcy mediów masowych. Konglomeraty medialne stosują tzw. framing (ramowanie), co oznacza przedstawienie danej informacji w korzystny dla nadawcy sposób. Kolejne, ramy w których nas się zamyka, sprawiają, że lada chwila znajdujemy się zamknięci w pudle. To tylko jeden z przykładów przenikliwości tekstów zespołu. Jest to jedynie pozorny wierzchołek góry lodowej. Twórczość Alice in Chains, to nie tylko energetyczna muzyka, są to również o wiele bardziej gorzkie brzmienia. Teksty „Alicji w kajdanach” wielokrotnie dotykają tematów uzależnień, alienacji, manipulacji czy kryzysu tożsamości. Charakterystyczne dla nich połączenie ciężkiego, niemal metalowego brzmienia z introspektywnymi, często mrocznymi tekstami sprawia, że ich muzyka wyróżnia się na tle innych przedstawicieli sceny grunge. Melodie zespołu przywołują u mnie skojarzenia do tzw. southern gothic. Mrocznej estetyki związanej południowymi stanami USA. Chociaż to raczej tylko osobiste skojarzenie.
Alice in Chains to zespół, który odegrał kluczową rolę w kształtowaniu brzmienia lat 90. Wraz z Nirvaną, Pearl Jam i Soundgraden tworzy tzw. Wielką Czwórkę grunge’u. Początki grupy sięgają końca lat 80-tych, kiedy gitarzysta Jerry Cantrell oraz perkusista Sean Kinney postanowili stworzyć własny projekt muzyczny w Seattle – miejscu, które wkrótce miało stać się światową stolicą grunge’u. Do zespołu dołączyli basista Mike Starr oraz wokalista Layne Staley, którego charakterystyczny głos szybko stał się jednym z filarów brzmienia grupy.

Ich debiutancki album „Facelift” wydano w 1990. Właśnie w jego tracklistę wchodzi „Man in the Box”. Album przyniósł im rozpoznawalność, jednakże prawdziwy przełom nastąpił w 1992 roku przy okazji wydania płyty „Dirt”. Jednym z najważniejszych utworów na tej płycie jest „Rooster” kompozycja napisana przez Jerry’ego Cantrella, inspirowana doświadczeniami jego ojca, weterana wojny w Wietnamie. Utwór opowiada o traumie weterana oraz problemie, którym jest powrót do życia w cywilu. Mimo to „Rooster” wręcz kipi testosteronem. Wersy „Ain’t found a way to kill me yet” (Nie znaleźli jeszcze sposobu, by mnie zabić) oraz „You know he ain’t gonna die” (Ale wiesz, że on nie zamierza umierać), budzą we mnie swoisty pierwotny, męski instynkt przetrwania. Z tego też powodu „Rooster” jest notorycznym gościem moich sesji na siłowni. Chrapliwa barwa głosu Staleya w połączeniu ostrym riffem gitarowym sprawia, że podczas treningu czuje się jakbym mógł przenosić góry.
„Ain’t found a way to kill me yet”
Kolejnym utworem kapeli, na który chciałbym zwrócić uwagę jest „Nutshell” wchodzący w skład EP-ki „Jar of Flies”, wydanej w 1994. „Nutshell”, jest wyjątkowy na tle innych utworów zespołu. Zdecydowanie odchodzi od ciężkiego, głośnego brzmienia, tak bardzo charakterystycznego dla gatunku jakim jest grunge. W utworze głównym instrumentem jest gitara, grająca spokojną, melancholijną melodię. Wokal również, jest o wiele bardziej spokojny. Staley, swoim śpiewem tworzy raczej klimat ballady, niźli zwykłego utworu rockowego. Całość tworzy utwór niezwykle osobisty, wręcz intymny. Sam tekst sprawia, że słuchacz ma wrażenie obcowania z czymś bardzo szczerym i surowym emocjonalnie. Wersety piosenki, opowiadają o walce z uzależnieniem, samotności, zagubienia i wewnętrznego bólu. Jestem absolutnie pewien, że dla wielu słuchaczy stanowi bezpieczną przystań, do której mogą wracać, by znaleźć chociaż odrobinę poczucia zrozumienia. W kontekście późniejszych wydarzeń w życiu Staleya, „Nutshell” nabiera jeszcze głębszego, niemal proroczego znaczenia. Myślę, że z całego tekstu najbardziej trafia mnie werset „My gift of self is raped” (Mój dar jestestwa pogwałcono). Podmiot liryczny, zapewne Stayley przyznaje sam przed sobą, że jego demony zmieniły go nie do poznania. Dusza która zdążyła umrzeć w żyjącym ciele, nieustannie próbuje z tego ciała uciec.
Początek lat 90-tych. był dla Alice in Chains pasmem ogromnych sukcesów. Jednakże wraz z dużą sławą, narastały problemy. Jak na prawdziwy zespół rockowy przystało, Alice in Chains również nie omieszkali się w eksperymentowaniu z alkoholem i narkotykami. Problem uzależnienia, szczególnie dotknął, lidera grupy. Layne Staley, z biegiem lat coraz częściej wpadał w ciągi narkotykowe. Zwłaszcza „upodobał” sobie heroinę. Przez swój nałóg, zaczął zaniedbywać swoją pracę. Gdy już pojawiał się na sesjach nagraniowych, to z racji wycieńczenia organizmu, nie był w stanie dawać z siebie 100%. To oczywiście bardzo się odbiło na wydajności produkcyjnej zespołu.
„My gift of self is raped”
Mimo tych trudności grupa nagrała jeszcze album „Alice in Chains” (często nazywany „Tripod”) w 1995 roku, który utrzymał ich charakterystyczne, mroczne brzmienie. Jednak wkrótce potem działalność zespołu praktycznie zamarła. Pomijając słynny koncert MTV Unplugged. Zapoczątkowany 1989 roku program, pokazywał akustyczne wersje utworów wykonywane na żywo przez największych artystów. Odcinek z „AiC” miał swoją premierę w 1996. Mimo, że na nagraniach z koncertu ewidentnie widać, jakie piętno na zdrowiu Staleya odcisnęła heroina, występ ten należy zdecydowanie do najbardziej pamiętnych. Pozwolę sobie zacytować jeden z komentarzy pod nagraniem „Down in a hole” w serwisie YouTube. „Heroinista, który wie, że upadł zbyt głęboko, a jego los jest już przesądzony, siedzi tutaj i śpiewa pieśń swojego życia, a obok niego gra trzech jego najwierniejszych towarzyszy, cała czwórka wyraźnie połączona tą chwilą. To bez wątpienia jeden z najbardziej poruszających występów, jakie można zobaczyć w tym życiu, albo w jakimkolwiek innym.”
Niestety w 2002 roku, heroina, w końcu zebrała swoje żniwo. Piątego dnia kwietnia przedawkował tzw. speedball, mieszankę heroiny i kokainy, w swoim mieszkaniu w Seattle. Dwa tygodnie później jego matka wraz z policją znalazła jego ciało. Śmierć wokalisty była tragicznym momentem, który zamknął pewien rozdział w historii grupy. Mimo to Alice in Chains nie zniknęło na zawsze ze sceny muzycznej. W połowie lat 2000. zespół powrócił do działalności z nowym wokalistą, William DuVall. Choć zmiana frontmana była ogromnym wyzwaniem, grupa zdołała zachować swój charakterystyczny styl, jednocześnie otwierając się na nowe brzmienia i doświadczenia.
Historia zespołu to opowieść o pasji, sukcesie, ale też o słabościach i tragicznych konsekwencjach narkomanii. Wspomniane utwory „Rooster” czy „Nutshell” pokazują, że Alice in Chains potrafiło wyjść poza ramy typowej muzyki rockowej, tworząc dzieła głęboko zakorzenione w ludzkich emocjach i doświadczeniach. To połączenie sprawia, że nawet 2 dekady po śmierci wokalisty, zespół zyskuje nowych fanów, w tym mnie.


