internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Zmysł prysł

Do lamusa odeszły czasy, w których można było z przekonaniem wykrzyknąć - „własnym oczom nie wierzę”, bo cóż to dziś za rewelacja dać sobie oszukać zmysł wzroku. Bardzo szybko internet udowodnił, że znane dotąd z mydlenia oczu kino jest przy nim jedynie dziecięcą zabawą. Za całą sprawą stoją – po pierwsze – przeróżne fotoszopy: oprogramowanie umożliwiające to i owo. Sieciowe poradniki w stylu „jak wygładzić sobie skórę i usunąć drobne niedoskonałości” już dawno ustąpiły miejsca poradom znacznie bardziej konkretnym, bo wymierzonym w kształt nosa, płatków usznych czy wręcz całej twarzy. Specjaliści oferują nawet rozświetlanie oczu albo kompleksowe zabiegi na brzuszku, udach, boczkach, wyrazie twarzy oraz kształcie całej sylwetki. Same tylko wyrafinowane zabiegi na skórze wywołują drgawki: to pudrowanie, odmładzanie, opalanie, ściąganie i likwidacja wyprysków.
 
 O fotoszopowanie podejrzani są wszyscy, nawet Demi Moore która nie bawiła się w jakieś tam bzdurne detale tylko ukradła ponoć niejakiej Anji Rubik całe ciało. No, prawie całe, bo głowa Demi jednak została, o czym z wypiekami na twarzach donieśli redaktorzy „Plotka”. Inna redaktorka (z telewizji, prywatnie żona Kamila Durczoka) twierdzi co prawda, że redakcja „Plotka” poszukując tematów grzebie w jej śmietniku, może więc temat z Demi Moore także został tam znaleziony. W sprawie fotoszopów zabrała również głos wspomniana Anja Rubik, która winą za całe zło obarczyła cyfrową technologię fotograficzną. Jej zdaniem – cyfrowe zdjęcie (w odróżnieniu od kamery filmowej) nadmiernie eksponuje każdego pryszcza, trzeba więc to i owo przy pomocy software'u poprawić.
 
 Siła obróbki zdjęć nie musi wiązać się z jakimiś szczególnymi umiejętnościami: przekonały się o tym całe tłumy ludzi, które wpadły na nieszczęsny pomysł sfotografowania się z jakimś napisem umieszczonym na karce czy transparencie. Już po kilku dniach zobaczyć można było te same osoby na tym samym zdjęciu z jedną drobną różnicą – napis był skrajnie inny i niósł za sobą odwrotne treści. Uzyskany efekt można podsumować cytatem z zespołu Perfect: „takie rzeczy, że jeszcze mi wstyd”. To samo może przytrafić się (a skoro może to na pewno się przytrafiło) transparentowi niesionemu w czasie manifestacji, bo zmiana treści z neutralnej na kompromitującą to przecież tylko kwestia naciśnięcia kilku klawiszy na klawiaturze. Wraz z rozwojem procederu ulepszania zdjęć pojawiły się nawet specjalne listy przebojów pod przeróżnymi hasłami: a to przeróbka najbardziej kompromitująca, a to najśmieszniejsza, a to najbardziej nieudolna. Później ludzie zaczęli zwracać uwagę na kadrowanie. Rychło okazało się, że poprzez zwykłe wycięcie kawałka fotografii można obraz zmanipulować i ze stosującego przemoc zrobić ofiarę. Tego samego zabiegu używa się też wobec wobec plików dźwiękowych, co z dużą dozą sarkazmu zaprezentował ostatnio w sieci Tomasz Lis – omawiane przez niego cytaty osób, z którymi się nie zgadza przedstawiono jako jego własne opinie.
 
 Z czasem pojawili się również artyści od filmu – prawdziwi magicy, którzy lądujący samolot zamieniają w jakiegoś robota, wskakują do auta przez zamknięte drzwi albo biorą wieżę Eiffla w dwa palce. Wchodzą do komputera, wychodzą ze smarfona, sięgają dłonią z ekranu, by zalajkować własny film. Wszystko to widzieliśmy oczywiście na własne oczy. Teorię mówiącą o tym, że jedno zdjęcie warte jest tysiąca słów wymyślono tak dawno temu, że jego autor nie był w stanie przewidzieć kariery własnej maksymy. Tak to właśnie działa: ludzie zasypani milionami informacji zainteresują się tymi treściami, które będą opatrzone najbardziej atrakcyjnym obrazkiem. I żadnego znaczenia nie będzie miał fakt, że zdjęcie od początku do końca spreparowano. Cyfrowy środek masowego przekazu da nam to, czego zażądamy, a skoro jedne zdjęcia szanujemy za to, że są piękne, mądre i prawdziwe, dlaczego nie mielibyśmy lubić innych z to, że są głupie, brzydkie, zmanipulowane, ale za to fajne? Może wreszcie czas, by do podręcznika o znaczącym tytule „Źródła informacji dla dziennikarza” dopisać kolejne rozdziały – zwłaszcza ten o możliwościach wynikających z jakiejś ciekawej ingerencji w już istniejące zdjęcie. Choć rozdział o wspomnianym wyżej śmietniku bez wątpienia także byłby interesujący.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies