internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Okres buntu

Poród był trudny, choć trwał tylko nieco ponad 18 sekund; ojcem zostal młody człowiek o imieniu Yakov i swojsko brzmiącym nazwisku Lapitsky. Pan Łapicki - mieszkaniec San Diego wybrał się do ogrodu zoologicznego, tam łaskaw był ustawić się przed jednym z wybiegów dla zwierząt i na ich tle wygłosił frazę brzmiącą (tak w wolnym i dowolnym tłumaczeniu) – „Ten słoń nazywa się Bombi, ma trąbę, lecz na niej nie trąbi”. Filmowy efekt tego eksperymentu kolega Yakova wieczorem 23 kwietnia 2005 roku umieścił na YouTube rozpoczynając dziesięcioletnią już historię największej telewizji na świecie, zjawiska które nie tylko zrewolucjonizowało percepcję przekazu filmowego, ale także zmieniło cały filmowy świat. „Ja w ZOO” - pierwszy film opublikowany na YouTube – mimo że wielkim dziełem nie jest – z pewnością znajdzie się w podręcznikach historii mediów, bo wszyscy wiemy, jak ważne są porody.
 
 Dziecko nazywane YouTube wkracza właśnie w drugą dekadę swojego życia: nie powinniśmy się więc dziwić symptomom buntu. Powiedzmy to wprost – mały nie podoba się sam sobie i nie jest z siebie zadowolony. To zresztą typowe dla całej machiny Google, której jest częścią – tam nie ma osiadania na laurach, opowieści ile zrobiliśmy (preferuje się teksty na temat co jeszcze zrobimy oraz kiedy), samozachwytów tak ważnych na europejskiej szerokości geograficznej. Nie: jest źle i trzeba coś z tym zrobić – wkraczamy w okres buntu. Maluch uważa, że zarabia za mało. No – może nie on sam, bo czego jak czego, ale przychodu to mu nie brakuje, chodzi raczej o współpracowników czyli wszystkich wrzucających filmiki. Wielkie liczby mają to do siebie, że nie da się z nimi wygrać – skoro osoba publikująca film (i mająca szczery zamiar na filmie tym zarobić) otrzymuje za sto tysięcy wyświetleń tak mniej więcej dwieście złotych, to na pewno wynik taki na kolana nie kładzie. Lokalny film – niezależnie od tego czy zrobiony porządnie czy też nie (dziecko bowiem ma przekonania demokratyczne), liczyć może na wyświetleń tysiąc. Oczywiście – jak dobrze pójdzie. To oznacza, iż (jak dobrze pójdzie) autor – za sprawą reklam zarobi całe dwa złote. YouTube nie jest z takiego wyniku zadowolone i od kilku już lat knuje, co by tu jeszcze w tej sprawie zrobić.
 
 Dziesięciolecie to dobra okazja, firma ogłosiła więc zmiany – będzie YouTube dwóch prędkości. Druga prędkość przypadnie w udziale wszystkim tym, którzy zdecydują się zapłacić miesięczny abonament – dzięki opłacie ich tuba nie będzie więcej wyświetlać reklam. Gdy spytano o pomysł partnerów (czyli ludzi przesyłających filmy) co o koncepcji owej sądzą – ci w przytłaczającej większości przyklasnęli i trudno się temu dziwić – w końcu to ich pieniądze. Nietrudno domyślić się co oznacza to dla YouTube pierwszej prędkości czyli tego, co mamy dziś. Najprawdopodobniej reklam będzie więcej, bo przecież to tylko pierwsza prędkość a różnica powinna być dobrze widoczna. Pytanie – czy ludzie w to wejdą jest pytaniem retorycznym i znów odpowiedzi udziela prawo wielkich liczb: skoro użytkowników są miliardy, bez wątpienia znajdą się tacy, którzy zapłacą. Skoro zresztą płacą za telewizję kablową, seans w kinie czy płytę DVD, zapewne będą chcieli mieć większy komfort, później zaś – być może wyższą jakość obrazu i innych udogodnień sto.
 
 Ogłoszona właśnie zmiana nie jest jedyna – od jakiegoś już czasu YouTube robi co tylko może, by autorów filmów wspomóc: a to dostarczy darmowe ścieżki dźwiękowe, a to doda edytor, a to pomoże zoptymalizować kanał oraz podpowie jak zarobić więcej. Przypominająca nieco drogowy walec machina postępu spod znaku Google niejedno jeszcze doda, niejedno zmieni i niejedno z serwisu wyrzuci. No i oczywiście przetestuje, bo płatny YouTube najpierw będzie tylko w Stanach Zjednoczonych, dopiero później trafić może do reszty świata. Marudzenie dziesięciolatka zwanego YouTube widziane z perspektywy szarego zjadacza internetu może dziwić – w końcu skoro ludzie filmiki wrzucają (a wrzucają – w kosmicznych wręcz ilościach – niezależnie od tego czy coś zarabiają, czy nie) to cóż tu jeszcze zmieniać? Spokojnie – zaufajmy temu dziecku, ono wie, co robi – choć ma tylko dziesięć lat.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies