internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Martwe dusze

Tytułowe martwe dusze z powieści Mikołaja Gogola to produkt dziwacznego systemu podatkowego carskiej Rosji. Właściciel ziemski – mimo iż z oczywistych powodów niektórzy chłopi pracujący na jego rzecz zmarli – wciąż musiał odprowadzać od nich podatki: aż do następnego spisu ludności. Kiedy więc na kartach utworu pojawia się bohater (niejaki Cziczikow) usiłujący kupować owych wirtualnych chłopów, niemal każdy czytelnik zachodzi w głowę – po cóż komu takie martwe dusze. Realia połowy XIX wieku nie sprzyjały wszak handlowaniu czymś, czego nie ma. Być może powinniśmy pana Gogola uznać za prekursora cyfrowej gospodarki, bo – może nie wprost – ale jednak gdzieś udało mu się przemycić pogląd, iż posiadanie martwej duszy ma jednak swoje zalety. Ot – chociażby daje wiarygodność. Na prawdziwy handel duszami (również nieżywymi), kolekcjonowanie dusz oraz zaglądanie w duszę trzeba było jednak poczekać aż do epoki internetu.
 
 Martwe dusze w systemach społecznościowych można spotkać bez trudu – to profile bez historii zasypujące nas jakimiś spamowymi komunikatami. Czasem dusza taka przybiera nazwisko celebryty (lub nazwisko podobne) i szaleje w cudzym imieniu. Istnieją całe wielkie grupy martwych dusz należących do konkretnego właściciela, można je – zupełnie jak w powieści Gogola – kupić za przystępną cenę. Jeśli zapłacimy, martwe dusze gremialnie pokochają nasz profil, naszą stronę lub coś, o co poprosimy właściciela dusz. Dusza prawdziwa też ma wartość, dlatego (czy nam się to podoba, czy nie) jesteśmy namawiani do polubienia czy udostępnienia. Mogą kusić nas konkursem byśmy – po zalajkowaniu czegoś tam – otworzyli naszą duszę. Mogą brać nas na litość kiedy kierując się współczuciem udzielamy komuś poparcia lub kogoś potępiamy. Mogą nas straszyć, szantażować i obiecywać złote góry.
 
 Dziś – i to różni nas od dziewiętnastowiecznej Rosji – wartość martwej duszy łatwo przeliczyć na pieniądze; jednocześnie – i ta cecha zbliża nas do powieści Gogola – dusze da się przeliczyć na wiarygodność. Na przykład wiarygodność kredytową. Choć nie jest to zjawisko powszechne, nawet na polskim rynku można spotkać firmy kierujące się w swoich decyzjach danymi pobranymi z serwisu społecznościowego. Potencjalny klient bywa zachęcany do podania swojego konta FB, co ma ułatwić udzielenie pożyczki. Fakt: zdarzają się profile będące prawdziwą kopalnią informacji o obywatelu, kredytodawca może więc sobie sprawdzić to i owo. Jak donoszą analitycy zajmujący się tym problemem, z punktu widzenia instytucji kredytującej ważny jest nie tylko fakt zatrudnienia w jakiejś konkretnej firmie (da się wówczas oszacować ryzyko zwolnienia delikwenta w pracy, co może utrudnić spłacanie rat), ale także znajomi (najlepiej na solidnych stanowiskach – to może ułatwić spłacanie rat), bogate życie profesjonalne oraz tak zwana prezencja profilu.
 
 Podawać swojego adresu firmie udzielającej kredytu oczywiście nie musimy, wówczas jednak – o czym również klient zostanie poinformowany – należy się liczyć z decyzją odmowną. Za sprawą niefortunnego wywiadu prezesa banku sprzed dobrych kilku lat bankowcy cieszą się zresztą opinią ludzi, którzy chcą o nas wiedzieć jak najwięcej. Dane zbierają, przetwarzają i wykorzystują, a wiedzą już przecież niemało. Fakt, iż ktoś zaczyna zmieniać swoje nawyki konsumenckie i z tanich sklepów nagle przerzuca się na drogie (bank wie o tym z historii zakupów karty płatniczej) dowodzi gwałtownego przypływu gotówki. Przewlekle niski stan konta bankowego może świadczyć o podatności delikwenta na ofertę kredytową. Wielbiciele spiskowych teorii idą w swoich dywagacjach jeszcze dalej. Kobieta zrobiła zakupy w dietetycznym sklepie, do którego dotąd nie zaglądała? Może zaszła w ciążę. Facet zrobił zakupy w sklepie z akcesoriami erotycznymi? Pewnie ma kochankę. Wypłata z bankomatu tuż przy kasynie gry? Oj, niedobrze. Gdzieś między paranoją a nonszalancką beztroską zawarta jest zapewne prawda o wartości naszej wirtualnej duszy. Jedyne zaś co nas w tej całej sprawie ratuje to fakt, że jesteśmy jedynie mikroskopijnym sygnałem w cyfrowym wodospadzie. Czy będziemy mieli przed sobą drobnego oszusta, który (niby) chce nam dać coś za darmo, czy wielką korporację pracującą według filozofii big data – może czasem warto chronić duszę. Tę żywą.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies