internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Gwiazdka z nieba

Dawno, dawno temu, za górami, lasami i – z której by strony nie spojrzeć – także za oceanem (bo w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej) żyło sobie prawo. Dobrze się prawu wiodło, bo prawem dobrym było. Służyło szczytnej sprawie głosząc, iż jeżeli 25 tysięcy amerykańskich obywateli zgłosi jakąś obywatelską petycję, Biały Dom ma obowiązek oficjalnie ustosunkować się do petycji obywatelskiej. Aż pewnego strasznego dnia pojawił się smok internet i smoczym wzrokiem powiódł po całej okolicy. W oko wpadło mu skromne, nie wadzące nikomu prawo; popatrzył czy nikt nie widzi (wszyscy patrzyli), wrzasnął, mlasnął i już było po prawie. No – prawie. Bo prawo od kontaktu ze smokiem może nie zginęło, ale na pewno mocno się zmieniło. Urosło czterokrotnie.
 
 Do czego służy Gwiazda Śmierci wiedzą wszyscy fani „Gwiezdnych wojen” a jak ktoś nie wie – wyjaśniamy: do niszczenia całych planet i w ogóle – do niszczenia wszystkiego, co właścicielowi Gwiazdy przyjdzie tylko do głowy. Ogromna siła bojowa owej gwiazdy od dawna robi wrażenie na fanach filmu, fani zgłosili więc administracji Baracka Obamy oficjalną propozycję: USA powinny taką gwiazdę zbudować, by wzmocnić swój potencjał militarny w skali już nie globalnej, a co najmniej galaktycznej. Pod petycją podpisało się nie tylko wymagane 25 tysięcy osób, lecz całe 34 tysiące. Prawo jest prawem, administracja odpowiedziała więc oficjalnie stwierdzając co następuje: po pierwsze – amerykański rząd nie popiera niszczenia planet (wreszcie poznaliśmy stanowisko USA w tej sprawie). Po drugie – zdaniem władzy budowa Gwiazdy Śmierci jest zbyt droga – wyceniono ją na 850 kwadrylionów dolarów, co dziwnie przypomina wymyślony onegdaj przez obywatela Alla Bundy'ego zylion. Po trzecie wreszcie rząd wyraził wątpliwość co do rzeczywistej mocy Gwiazdy – po cholerę budować ją gdzieś tam w próżni skoro potem (co przecież wynika z filmu) jeden pojedynczy Luke Skywalker potrafi toto wysadzić i w dodatku uciec.
 
 Może sprawa jest śmieszna, ale nie zmienia to dwóch bardzo istotnych, bardzo poważnych wniosków, które z niej wypływają. Po pierwsze – być może było tak, że obosieczną bronią zwaną public relations amerykański rząd jednak oberwał. Uruchomił wszak stronę internetową do cyberzgłaszania hiperpetycji i sam zachęcał – być może po to, by pokazać jaki jest otwarty. Ludzie pokazali więc, że jak chcecie zabiegów wizerunkowych to je (skumbrie) macie czyli kto piarem wojuje i tak dalej. Z drugiej strony mało to wizerunkowe, że po całej sprawie z Gwiazdą Śmierci podniesiono próg petycji obywatelskiej: było 25 tysięcy, teraz jest 100 tysięcy. Pożartowaliśmy sobie i wystarczy.

 Operująca prawem wielkich liczb sieć potrafi bowiem zweryfikować małe, tradycyjne liczby. Któż onegdaj był w stanie przeprowadzić obecną w polskim prawie operację zebrania 100 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy? Może duża partia polityczna, może krajowa organizacja związkowa: miały przecież i odpowiednią liczebność, i stosowną łączność, i konieczną identyfikację. Ale nikt więcej. Dziś – przy wykorzystaniu narzędzi teleinformatycznych nie stanowi to aż tak wielkiego problemu. Zgadza się – zbieranie podpisów przez internet to nie to samo co dostarczenie papierowych list z deklaracjami na piśmie konkretnych ludzi – technologia jednak radzi sobie i z tym. Pokazał to w czasie kampanii prezydenckiej 2008 roku osobiście pan Obama. Przy wykorzystaniu strony internetowej i systemów społecznościowych nie tylko zdobywał bierne poparcie, lecz także zwolenników aktywnych. Aktywny zwolennik oddalony o setki mil od sztabu Obamy mógł pobrać zdalnie plakat swojego kandydata. Później – plakat ten wydrukować i rozwiesić na swoim osiedlu. Rozdać ulotki oraz (tak, tak) zebrać podpisy.
 
 Casus Gwiazdy Śmierci ma jeszcze jeden – choć bardzo dobrze ukryty - wymiar. Pokazuje, że politycy często chcą postawić samych siebie w pozycji dobrej wróżki spełniającej różne marzenia o tym i o owym. Budżecik obywatelski dadzą, koncercik zorganizują a na koniec spytają wyborców co by jeszcze dzieciaczki chciały. Dzieciaczki powiedziały – podświadomie odczytując protekcjonalny ton – iż życzą sobie dostać gwiazdkę z nieba. Taką sobie Gwiazdkę Śmierci.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies