internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Dzień bez żurnalistów

Dzień bez czegoś robi się po to, żeby (po pierwsze) od tego czegoś odpocząć. Po drugie zaś – by wyrazić wobec tego czegoś swój nieco krytyczny stosunek; stąd biorą się dni bez papierosa oraz dni bez samochodu. Nazajutrz człowiek rozeprze się wygodnie za kierownicą i widowiskowo strzepnie popiół za okno, ale działanie wspólnotowe jednak zaliczy. Wydawać by się mogło, iż bez dziennikarzy żyć się nie da, bo nawet jeśli ktoś gazet nie czyta i do radia ma awersję, to jednak coś mu tam zawsze z monitora kapnie. Rzeczywistość zdaje się jednak szykować nam piekielnie widowiskowe święto pod opisanym w tytule hasłem, pierwsze jaskółki kołują zaś pod błękitem nieboskłonu. Czyżby sygnał (jak zwykle) szedł z internetu? Tak, choć i telewizja dołożyła swoje trzy grosze.

Za pół wieku kryzys parlamentarny przełomu 2016 i 2017 wieku doczeka się być może kilku linijek w podręczniku historii Polski. Historia środków masowego przekazu poświęci mu bez porównania więcej miejsca, w Sejmie – z punktu widzenia mediów – stało się bowiem coś bardzo ważnego. Nie ma potrzeby zagłębiania się w polityczne racje jednej czy drugiej strony: zagłębiaczy w racje mamy całe tabuny i tabuny te powiedziały o wyżej wymienionej sprawie wszystko. Może nawet więcej niż wszystko. W labiryncie opinii umknął jednak ciekawy fakt: w czasie kryzysu na salę obrad sejmowych wejść nie mogli dziennikarze. Nie było dane im ani się tam pojawić, ani wnieść mikrofonów, kamer i wszystkiego, czym robi się dziennikarstwo. Ekipa posłów już po chwili samotnego siedzenia – zupełnie jak grupa znudzonych dziesięciolatków - wyciągnęła smartfony. Zapewne nie obyło się bez kombinacji, przemyśleń, prób oraz błędów: w końcu skąd zwykły poseł ma znać się na transmisji strumieniowej. Ten i ów jednak dotarł dzielnie do stosownych opcji na ekranie dotykowym otwierając nowy rozdział historii mediów.

W wirtualny świat popłynęły relacje: dotarły do serwisów społecznościowych, przelały się na strony www, później wzięły je sobie różne telewizje – także te nazywane stacjami głównego nurtu. Okazało się, że kamery z reporterem wysyłać nigdzie nie trzeba, bo poseł obsłuży się sam. Nagra, wyśle, wyemituje, da komentarz, zada (z braku dziennikarza) pytanie, sam sobie na to pytanie odpowie, popuentuje, ba: błyśnie nawet fachowym: „z Sejmu mówił dla państwa ten i ten”. Z czasem – co oczywiste – doszło do rozwoju formy; były więc własnoręcznie robione debaty, konferencje i oświadczenia. Gdyby okupującym parlamentarzystom dać więcej czasu pewnie byliby w stanie wyprodukować talk – show, reality – show a może nawet soup opera. Widz na operacji tej nic nie stracił. Może na początku było nieco nieporadnie, ale kogo to – w epoce filmów o kocie spadającym z szafy – obchodzi.

Widowiskowy eksperyment poprzedzony był licznymi udanymi próbami wyeliminowania z obiegu przeróżnych typowych dla telewizji specjalności zawodowych. Znaczną grupę oświetlaczy wygryzły z rynku nowoczesne obiektywy i wysokiej jakości matryce, którym światło nie jest aż tak bardzo do szczęścia potrzebne. Wielu dźwiękowców rozstało się z pracą, bo mikroprocesory odpowiedzialne za poziomy i jakość okazały się wykonywać ich zawód całkiem nieźle. Odnotowaliśmy sporo przypadków, gdy (o zgrozo) niepotrzebny był operator kamery, bo kamera – jak to kamera dozorowa – zawieszona była gdzieś pod sufitem sama sobie. Jeszcze gorsze są kamery przyczepiane na szybko do różnych powierzchni: one też pracują same. Sporo winy leży po stronie publiczności, której nie wiadomo dlaczego wcale nie jest potrzebna wyrafinowana scenografia, cudownego kształtu typografia, niezwykle mądry kierownik redakcji i jego przemiła asystentka. Tysiąc dotychczasowych zasad robienia dziennikarstwa zastąpiła jedna jedyna zasada – ma być ciekawie. Nie musi być spójnie, może być krzywo. Przyszła pora na żurnalistów. Skoro bowiem polityk (aktor, sportowiec, naukowiec, jakikolwiek inny -owiec) może sobie sam coś wyćwierkać w ćwierkanym serwisie, skoro sam się nagra i sam się wyemituje to chyba pora przemyśleć pewne sprawy. Właśnie dlatego jak najszybciej powinno się wprowadzić światowy dzień bez dziennikarzy. Tak na próbę, dla treningu. A może po to, żeby zobaczyć jak to będzie, kiedy dni bez żurnalistów będzie w roku 365.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies