internet
internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Ćwierkające dzwony

Z punktu widzenia historii środków masowego przekazu dzwony to urządzenia poważnie niedocenione; ich rolę zazwyczaj sprowadza się do prostego zwoływania wiernych na nabożeństwo, a to tylko jedna strona spiżowego medalu. Za sprawą ograniczonego zasięgu swego dźwięku dzwon wyznaczał granicę społeczności i służył jej na wiele sposobów. W chwili zagrożenia ostrzegał: przed najazdem, pożarem czy inną klęską. Podkreślał uroczyste chwile, w tym również wizytę głowy panującej. Nic dziwnego, że nowe onegdaj media (jak na przykład radio) dzwony pokochały miłością nadzwyczajną transmitując bicie na wszelakie sposoby, z wieloma podtekstami. Tak było z londyńskim Big Benem, który w najgorszych momentach II wojny światowej na falach eteru ogłaszał światu, iż jeszcze Anglia nie zginęła. Świat globalnej sieci również potrafi podeprzeć się dzwonem, choć (jak to on) zrobił sobie dzwon własny – zazwyczaj nazywany Twitterem.

Może za sprawą swojego donośnego tonu, może za sprawą typowej dla samego siebie zwięzłej formy, Twitter był już dzwonem wiele razy. W kwietniu 2013 roku władze japońskiego miasta Jokohama przy pomocy ćwierkającego systemu wystosowały ostrzeżenie dla ludności. Ogłoszono, iż Korea Północna właśnie wystrzeliła rakietę, w związku z czy obywateli wzywa się do śledzenia komunikatów podawanych przez radio i telewizję. Po 20 minutach od publikacji wpis wycofano, bo wiadomość okazała się być kompletnie nieprawdziwa. Efekty akcji tej były dwa: po pierwsze – autorów fałszywego alarmu na dzień dobry zmieszano z błotem.

Skutek drugi (również typowy dla internetu) przyniósł nieprawdopodobny wzrost oglądalności profilu owej Jokohamy – aż do poziomu 40 tysięcy widzów. Koniec końców skończyło się nie tylko dobrze, ale i skutecznie z perspektywy ostrzegających: w końcu konto o którym mowa służy jako medium ostrzegające przed zagrożeniami wszelakimi oraz całkowicie prawdziwymi takimi jak tsunami, trzęsienia ziemi, wichury. Alarmy tego typu wielką sensacją zresztą nie są – na początku roku 2015 Amerykanie po raz kolejny poderwali w powietrze myśliwce po dość nieszczególnym dowcipie na Twitterze mówiącym o samolocie z bombą w środku.
Metafora dzwonu wzywającego do praktyk religijnych też się znajdzie: środa popielcowa 2015 zapisała się jako dzień, w którym księża przy pomocy twittów zrobili dość dziwną akcję. Polegała ona na umieszczeniu własnego zdjęcia – obowiązkowo w sutannie, obowiązkowo z szerokim uśmiechem na twarzy oraz (również obowiązkowo) – ze znakiem krzyża na czole uczynionym przy pomocy tradycyjnego popiołu. Posłużyli się dość wyrafinowanym, twórczym i widowiskowym hashtagiem o nazwie „ashtag”, by związek z Popielcem podkreślić jeszcze bardziej. I w tej dziedzinie przykładów ewangelizacyjnego wykorzystania systemu społecznościowego znajdziemy więcej.

Po co jednak komu metafory, skoro Twitter potrafi obyć się i bez nich. Swoje konto ma tam bowiem ktoś, kto sam siebie nazywa zegarem Big Ben. Jak każdy użytkownik, także @big_ben_clock publikuje wpisy, choć – przyznać trzeba – są one nieco monotematyczne. O godzinie dwunastej delikwent dwanaście razy wpisuje słowo „bong”, sześćdziesiąt minut później mamy już tylko jedno „bong”. O drugiej są dwa bongi, o trzeciej – trzy i tak dalej. Po prostu wybija godziny. Nie ma potrzeby używania dźwięku, w końcu mamy przed sobą medium z dominantą tekstu. Operacja odbywa się (nomen omen) z dokładnością zegarka, o każdej równej godzinie otrzymujemy stosowną ilość uderzeń zegara poprzez wpisanie odpowiedniej liczby bongów. Można zaryzykować twierdzenie, iż psu na budę takie wypisywanie godzin, w końcu skoro ktoś ma przed sobą komputer lub smartfona – i tak informacji takiej nie potrzebuje. Nic bardziej mylnego, dowód zaś znajdujemy w miejscu, gdzie podaje się liczbę osób śledzących dany profil: otóż Big Bena obserwuje niemal pół miliona osób. I jak tu nie wierzyć staremu Ernestowi, który dawno temu prosił, by nie pytać komu bije dzwon. Jak widać: realnie, wirtualnie, tradycyjnie, sieciowo, społecznościowo i na wszelkie inne sposoby – bije on nam wszystkim. Bong.

internet - felietony


polecane strony:

Górny Śląsk - warto odwiedzić

Antryj - gwara i kultura Górnego Śląska

Kuchnia Śląska - przepisy

Portal Powiatu Tarnogórskiego

Gwarki - tarnogórska impreza

Kici - kici: kocie sprawy

autor:

autor.jpg
Zbigniew Markowski

poczta elektroniczna
Facebook - G+ - YouTube