internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Bartek z CareOff

We francuskiej komedii filmowej przeniesiony w czasie rycerz sprzed dziesięciu wieków rzuca się z furią na nieznanego mu potwora – mały dostawczy samochód. Po zdemolowaniu auta mieczem zerka na drzwi pojazdu i wymalowane tam - nieznane mu - logo korporacji. Spogląda na giermka i pyta: - Czyj to herb? Choć sytuacja jest zabawna, posiada swoją głębię. Herb, barwa, sztandar w dawnych wiekach oznaczały przynależność niezbędną do orientowania się na polu bitwy. Dziś logotyp firmy także bywa wyznacznikiem grupy biorącej udział w ekonomicznych wojnach: niekoniecznie mniej krwawych niż te z czasów średniowiecza. Potężna firma potrafi też całkiem nieźle pełnić rolę księcia: sponsoruje sztukę, rozdziela zaszczyty, dzieli, rządzi i uprawia ekspansję. Do tego ostatniego jednak konieczni są rycerze.
 
 Rycerze w świecie internetu – konkretniej: w świecie listów elektronicznych – pojawili się niedawno. Choć pisali do nas maile od dawien dawna, dopiero teraz możemy zobaczyć ich prawdziwe oblicze. Nazywają się bowiem nieco po staremu, a korespondencja zawiera w tytule ich tytuły: Anna z BankAuto, Sebastian z AutoCare, Bartek z CareOff. Powszechnie bowiem wiadomo, iż wybitna osoba musi być skądś: Zbyszko był z Bogdańca, Jurand ze Spychowa, Wilhelm z Baskerville zaś Janowie z Czarnolasu oraz Kolna. Dokładnie tak, jak przed wiekami chodzi o identyfikację – ową przynależność do jakiegoś terytorium, którego persona jest właścicielem lub przedstawicielem. Współczesny „człowiek skądś” jest – rzecz jasna przedstawicielem i chodzi mu dokładnie o to samo, co każdemu nadawcy listów reklamowych: byśmy kupili coś w jego firmie lub skorzystali z jakiejś usługi.
 
 Zabieg z użyciem owego „z” jest sprytny, bo z jednej strony – już z tematu listu wiemy, iż przybył wysłannik solidnego księcia, reprezentant godny, posługujący się porządnym herbem. Z drugiej strony – to nie jakiś nadęty akwizytor tylko nasz kumpel: po prostu Adam, Romek albo Rysiek. Nie oszukujmy się: to tylko kolejna sztuczka z przebogatego arsenału specjalistów od mailingu – sztuki polegającej na wysyłaniu listów. Mieliśmy już inne sztuczki: raz wmawiano nam, że ktoś zostawił nam wiadomość w systemie społecznościowym (do którego nigdy się nie zapisaliśmy), względnie – że w konkursie (w którym nigdy nie braliśmy udziału) wygraliśmy jakąś nieprawdopodobnie wysoką nagrodę i wystarczy jedno kliknięcie, by ją odebrać. Rynek ma jednak swoje rozwojowe prawa i teraz przyszła kolej na rycerzy. Rycerski rynek ma swoje ceny: za jedyne pięćset złotych można sobie nabyć bazę danych o objętości niemal półtora miliona polskich adresów poczty elektronicznej i zacząć rozsyłać własne listy: tak informuje autor oferty (sir Zygmunt). Trzeba jeszcze tylko nabyć oprogramowanie lub zapisać się do systemu umożliwiającego wykorzystanie stosownych narzędzi teleinformatycznych, poczytać sieciowe poradniki o tym jak zrobić atrakcyjny list, wymyślić sobie pseudonim i lecimy.
 
 Jak w wielu innych sieciowych przedsięwzięciach pojawi się problem definicyjny: jedni nazwą całą operację marketingiem, inni – grą rynkową, jeszcze inni – po prostu spamem wysyłanym bez opamiętania, sensu i logiki. Trudno bowiem o logikę w sytuacji gdy analizy głośno krzyczą: 70 do 90% wszystkich tego typu listów kasowanych jest bez czytania. Rzutem oka mailingowe produkty zaszczyca kilkanaście procent odbiorców. Odzewu spodziewać się można jedynie od kilku procent uraczonej mailem populacji. Utraconą logikę w realiach sieci z powodzeniem zastąpić może jednak prawo wielkich liczb – skoro mamy milion adresów, 2% oznacza całkiem pokaźną liczbę potencjalnych klientów. Prawdziwi, fizyczni dostawcy owej korespondencji czyli internetowe łącza, serwery, automaty do systemowego rozsyłania są bowiem listonoszem stokroć bardziej upartym i skutecznym niż gnający na koniu Kevin Costner z „Wysłannika przyszłości”. Wystarczy je zaprogramować. A współczesny rycerz może spokojnie oddać się swojej ulubionej czynności – wymyślaniu kolejnych sztuczek, jak wciągnąć nas w swoją grę. Bo nawet jeśli stanowimy jedynie 0,0001% potencjalnych czytelników jego oferty – i tak jest się o co bić. Bić jak Robin z Locksley.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies