internet
internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Postęp i dostęp

Na czym polega postęp najłatwiej zrozumieć czytając stare książki o internecie. Stare – znaczy takie, które wydano wcześniej niż trzy lata temu (no i to też jest jakiś postęp). W jednej ze starych książek o internecie autor – zachwycając się wyjątkowością postaci jednego z twórców Google – obywatela znanego jako Larry Page – podkreśla, iż ów Larry stał się posiadaczem pierwszego komputera już w wieku sześciu lat. W roku 1979 (gdy Larry był sześciolatkiem) – owszem, mogło to robić piorunujące wrażenie. Dziś w gruncie rzeczy nikogo nie dziwi, mało tego – brak dostępu do globalnej sieci w wieku pierwszokomunijnym uchodzi za totalny obciach. Dobrodziejstwo  sprawnego narzędzia łączności, największej w historii bazy danych oraz najszybszego środka masowego przekazu przyjęliśmy bowiem tak, jak gdyby nam się należało.

Przekonanie, iż internet nam się należy jest powszechne. Właśnie dlatego na ulice Budapesztu wyszły tysiące demonstrantów oburzonych pomysłem opodatkowania transferu czyli pobierania opłat za ruch sieciowy: padały argumenty o cofnięciu Węgier do czasów średniowiecza, o hamowaniu gospodarki i niszczeniu edukacji. Opodatkowanie transferu (choć pomysł wydaje się tyleż nowy, co szalony) nie jest wynalazkiem węgierskim – już jakiś czas temu Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) rekomendowała rozwiązanie takie dla witryn cieszących się największą popularnością. Gdzieś w tle całej sprawy czaiła się złość na gigantów pokroju Google czy Facebooka, które to twory – choć w oczywisty sposób osiągają kolosalne zyski w skali globu –  nie odprowadzają podatków we wszystkich państwach. Zwłaszcza w niektórych państwach należących do OECD. Od podatku bitowego już tylko krok do koncepcji podatku globalnego, ale choć Węgrzy jedynie próbowali zatkać jakąś kolejną dziurę budżetową, wydaje się niemożliwe, by pomysł nowego podatku został zaakceptowany. Postęp postępem, ale ludzie, którzy raz coś dostali na ogół nie pozwalają sobie tego czegoś odebrać.

A jeśli nie dostali? Trzeba im to dać. W takim właśnie szczytnym celu – dostarczenia internetu w rozsądnej cenie wszystkim tym, którzy go jeszcze nie mają - pod koniec 2013 roku powstała arcyciekawa organizacja A4AI (Alliance for Affordable Internet). Lista ojców – założycieli przyprawia o zawrót głowy: Google, Microsoft, Yahoo, Facebook, Cisco, Intel jedynie otwierają długą listę. Jak gdyby tego było mało A4 deklaruje współpracę z rządami – na początek amerykańskim i brytyjskim; wszystko po to, żeby dać ludziom sieć. Inicjatywie trudno się dziwić, nakręcanie sieciowego biznesu leży wszak w najprościej rozumianym interesie wszystkich wyżej wymienionych. Każdy dzień, w którym obywatele bez łącza nie kupują on – line, nie korzystają ze zdalnej bankowości lub (przynajmniej) nie klikają w reklamy – jest dniem straconym. Poza merkantylnym fundamentem pomysł wygląda zresztą bardzo szlachetnie i zaczyna się od obliczeń. Za sytuację idealną giganci z A4AI uznali taką, w której obywatel na stały dostęp do szerokopasmowego internetu wydaje nie więcej niż 5% swojego dochodu. Problem numer jeden polega na tym, iż kraje o słabej gospodarce często współczynnik ten przekraczają. W państwach rozwijających się sieć czasem kosztuje nawet 30% dochodu obywatela, co jest nie tyle kwestią wyśrubowanej w górę ceny dostępu, co raczej wyśrubowanego w dół dochodu mieszkańca. Internetowi potentaci będą więc lobbować, wspierać, prosić, naciskać i robić rzeczy innych sto, by sieć była zawsze, wszędzie, niezawodna jak Zawisza i tania jak barszcz.

Problem numer dwa nazwać trzeba po imieniu – brak sieci, bo są i takie rejony świata, gdzie odsetek dostępu jest żenujący. Leżący na kulturowej osi Meksyk to mniej niż 40% populacji posiadającej stały dostęp, w przypadku Indii to mniej niż 20%, Afryka w całości wypada blado . I tu niejedno da się zrobić, bo giganci wypuszczają drony, balony i satelity, by cyfrową gospodarkę rozszerzyć o nowe tereny. Rząd Węgier popełnił potworny błąd: pomylił adresata podatku. Obywatel nie czuje się beneficjentem internetu, bo nim nie jest i dlatego nowej daniny płacić nie chce. A skoro beneficjenci sami napraszają się i chcą rozmawiać – trzeba było zgłosić się do nich. Zwłaszcza, że – póki co – ani Google, ani Microsoft manifestacji nie organizują.

internet - felietony


polecane strony:

Górny Śląsk - warto odwiedzić

Antryj - gwara i kultura Górnego Śląska

Kuchnia Śląska - przepisy

Portal Powiatu Tarnogórskiego

Gwarki - tarnogórska impreza

Kici - kici: kocie sprawy

autor:

autor.jpg
Zbigniew Markowski

poczta elektroniczna
Facebook - G+ - YouTube