internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Wolność słowa

Teoretycznie wolność słowa powinna być częścią (ułamkiem) szeroko pojętej wolności. Niestety – sprawa aż tak prosta nie jest, bo czasem odnosimy wrażenie, iż wolność słowa jest owej wolności przeciwieństwem. W arytmetyce problem byłby rozwiązany przy pomocy zwykłych znaków dodawania i równości: dodajemy wolność osobistą, przekonań, sumienia – oraz każdą inną wolność, po zsumowaniu zaś otrzymujemy wolność ogólną. Różnica polega na tym, że liczby są tworami idealnymi, przez to łatwo przewidzieć ich zachowania, bo dwójka dodana do trójki zawsze daje piątkę. Ludzie przewidywalni nie są, a im więcej ludzi, tym przewidywalność mniejsza: stąd sumy, różnice, iloczyny oraz ilorazy w naukach społecznych zastosowania wielkiego nie mają. Najmniejsze zaś zastosowanie będą miały w internecie, bo tam jest nas dużo; a oto przykłady.
 
Przykład pierwszy: Mieszko (też Pierwszy)
Wolność słowa polega na tym, że możemy wziąć udział w internetowej dyskusji na temat sylwetki księcia. Bierzemy więc udział i ogłaszamy urbi et orbi, że Mieszko na pewno niczego nie podpalił, bo słynął z łagodności, poza tym – jak na poważnego faceta przystało - nie parał się żadnymi tam morderstwami (o gwałtach nie wspominając). Możemy też powołać się na źródła – tych jest zresztą w sprawie pierwszego władcy całkiem sporo – i twierdzić, że współcześni mu o nagannym stylu życia Mieszka niczego nie napisali. Wolność słowa polega także na tym, iż możemy wygłosić przekonanie o winie Mieszka. W końcu czasy były takie, jakie były: wszyscy, którzy chcieli do czegoś w życiu dojść (a on chciał) musieli i grabić, i palić, i rabować (o gwałtach nie wspominając). Analizie poddać możemy wizerunek księcia: toż z portretu patrzy na nas prawdziwy zbój, zarośnięty ponadnormatywnie prymityw wybałuszający ślepia w dal, na pewno po to, by coś złupić, podpalić, względnie ukraść (o gwałtach nie wspominając). Godzinami można dyskutować o wrednym, względnie anielskim charakterze Mieszka i na tym polega wolność słowa.
 
Przykład drugi: puszczamy prezydenta od tyłu
Wolność słowa polega także na tym (i autor pisze to z pełnym przekonaniem), że możemy sobie przemontować filmik z prezydentem. Wystarczy puścić zapis od tyłu oraz podpisać, że prezydent kwiatków nie składa, a kradnie oraz że pijany jest niemożliwie. Gość, który filmik taki opublikował swoją sławę zawdzięcza nie tyle błyskotliwemu pomysłowi, co interwencji nadgorliwego prokuratora stawiającego tezę (i to też jest wolność słowa) o znieważeniu. Ludzie w ramach wolności słowa wyrazili tysiąc opinii: o tym, iż znieważenia nie ma, bo powszechnie wiadomo, iż prezydent pijany nie był oraz kwiatków nie ukradł. W ramach internetowej wolności słowa wypowiedział się także sam prezydent, który uznał całą sprawę za żart. Jeszcze inni obywatele żałowali, iż nie ma przepisu karnego na durne dowcipy, które szerzą się bez żadnego opamiętania. Zdaniem kolejnej grupy przestępstwo było, autora filmowego dowcipu niskich lotów należy zaś przykładnie zamknąć.
 
Przykłady: od trzeciego do milionowego
Przykłady od trzeciego do milionowego każdego dnia prezentują się dumnie na ekranach monitorów. Powiedzieć można praktycznie wszystko – na tym właśnie polega wolność słowa i z wolności tej korzystamy nie tylko dla samego słowa. Często mówimy również po to, żeby dać współobywatelom sygnał: jestem, czuwam, prezentuję gotowość do dyskursu publicznego. Spora grupa osób wypowiada się na wszelkie tematy, niezależnie od stopnia ich przemyślenia, zgłębienia i rozpoznania. Mówię więc jestem. Czasem wyraźnie widać, że chodzi o zaznaczenie swojej (jakże silnej) osobowości, uwypuklenie nieprzejednanych przekonań oraz poczucia zwykłego, ludzkiego bycia razem w jednej czy drugiej niedoli. Jedni mówią życzliwie, inni złośliwie, jedni rzeczowo, inni bez jakiegokolwiek związku z logiką. Na tym polega wolność słowa. Wolność zaś polega na tym, że we wszystkich tych dyskusjach nie musimy brać udziału.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies