internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Wirtualne alibi

Tekst piosenki „Teksański” zespołu „Hey” bez wątpienia zasługuje na uwagę. Autor owego tekstu (czyli tekściarz) zamiast uczciwie napisać tekst pisze o tym, że nie wie o czym wspomniany tekst napisać. Użala się, iż piosenka mogłaby być o czymś, względnie – o czymś innym, niestety – nic autorowi do głowy nie przychodzi. W związku z powyższym w drugiej zwrotce pojawia się dość zaskakująca propozycja skierowana do słuchaczy: jeżeli słuchacz chce mieć w piosence tekst, niechaj go sobie wymyśli sam. Taka samoobsługa. Słowa autorstwa niejakiej Katarzyny Nosowskiej dziwnym zrządzeniem losu – choć w nieco zawoalowany sposób – robią karierę w internecie.
 
 Zaczęło się dość kreatywnie. Sponsor szczytnego celu zaproponował, że za każde kliknięcie w stosownym miejscu strony www przekaże na szczytny cel jakąś drobną kwotę. Jeżeli kliknięć będzie odpowiednio dużo – kwota stanie się poważna i godna szczytnego celu. Chcesz dać datek, to sam go sobie wyklikaj. Zadowoleni byli wszyscy: sponsor (bo jego znak promowano na potęgę), organizator – właściciel strony (bo miał ruch na stronie) oraz ofiarodawcy, którzy mogli wspomóc cel nie wydając na to ani grosza, nie ruszając się z wygodnego fotela i – powiedzmy sobie to wprost – poza kliknięciem nie robiąc absolutnie nic. Później z kliknięć zaczęto wyciągać wnioski dużo poważniejsze, bo powszechnie uznano, iż sprawa mocno zalajkowana jest społecznie akceptowana i popierana przez tyle osób, ile lajków wyświetliło się na witrynie. W społecznościowym szaleństwie udało nam się zapomnieć, że kliknięcie to tylko kliknięcie.
 
 Żelazne alibi w postaci realnego poparcia, prawdziwej złotówki, pomocy mierzonej godzinami, czasem – realnym potem zostało zamienione na alibi pozorne: takie które nie tylko nie kosztuje nic, ale także potrafi masowo wprowadzać ludzi w dobry nastrój. Człowiek siada do komputera o godzinie siódmej i już do dziewiątej zdąży zostać wirtualnym altruistą na globalną skalę: odda swój głos w sprawie dofinansowania produkcji filmu, kliknie na rzecz nie wyrzucania z pracy pana Tomka, poprze inicjatywę zbudowania schroniska dla bezdomnych zwierząt, potępi śmiecenie na ulicach, wybierze jedną z koncepcji przebiegu lokalnej drogi, udostępni kilka wezwań o pomoc dla potrzebujących i wykona jeszcze rzeczy pozytywnych sto. Wszystko szybko, czysto i wygodnie, w dodatku często bez jednej sekundy refleksji. I wszystko ku uciesze tych, którzy na lajki czy też inne kliknięcia czekają: zanotują oni sobie we własnym, równie wirtualnym sumieniu jeszcze jednego zwolennika swojej akcji. Szary producent kliknięć po kilkunastu minutach nie będzie już nawet pamiętał, że wziął udział w jakiejś akcji, bo wszystko odbywa się warunkach rozkojarzenia sieciowego, które Nicholas Carr tak pięknie opisał na kartach książki „Płytki umysł”.
 
 Niektórym zdarza się wpaść w prawdziwą przesadę – radio, które jest anty postanowiło właśnie zlikwidować jedną ze swoich audycji. Ponieważ odezwały się głosy przeciwne owej likwidacji, redakcja postawiła warunek: jeżeli w ciągu siedmiu dni publiczność prześle na elektroniczny adres radia pięć tysięcy listów, audycja nie zostanie zdjęta. Chcesz mieć audycję, sam ją sobie wyklikaj. Zamieszanie z programem pana Lorocha skończy się najprawdopodobniej obnażeniem całego systemu: mail wymaga bowiem nieco więcej działania niż wirtualne polubienie – trzeba otworzyć program, coś wpisać, wysłać. No i nie widać od razu efektu. Radiosłuchacze mimo manifestowanego zapału ustalonego progu pięciu tysięcy listów więc nie przekroczą. A wystarczyło pozwolić na lajkowanie, wszystko skończyłoby się miło i pozytywnie.
 
 Niezależnie jednak od finału – wielu doświadczyło działania wirtualnego alibi: redakcja nie tylko czujnie usłyszała głos swoich odbiorców, ale i przychyliła się do ich życzeń proponując głosowanie. Słuchacze murem stanęli za swoim redaktorem oraz wysłali w jego sprawie tysiące listów. Smutna prawda mówi jednak, że w sprawie tej (podobnie jak w wielu innych wirtualnych operacjach) nikt niczego nie zrobił. Tekst piosenki trzeba napisać – to praca tekściarzy, ramówkę radia trzeba zrobić – to robota radiowców, a jeśli się kogoś chce obronić – nie należy wmawiać samemu sobie, że w tej sprawie wystarczy trochę poklikać.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies