internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Powiem ci

Powiem ci, kim jesteś, pokaż mi tylko swoje książki. W innej wersji: swoje mieszkanie, swoje buty, swoich przyjaciół. Uniwersalne zasady oceny człowieka według wybranego kryterium sprawdzały się przez całe tysiąclecia, co zaowocowało porzekadłami w stylu „jak cię widzą, tak cię piszą”. Równolegle rozwijało się zupełnie inne hasło - „wyraź siebie” czasem wchodząc na grunt książek, mieszkań, czy butów, bo przecież kolorowe i wzorzyste skarpetki Leopolda Tyrmanda były niczym innym, jak tylko sygnałem zachęcającym do szufladkowania, manifestem autonomii myślenia. W internecie obydwie linie myślowe spotkały się owocując dość nieoczekiwanym, wspólnym,  hasłem: niczego mi nie mów, i tak powiem ci kim jesteś.
 
Bartek zajmuje się pisaniem prace na zamówienie: klienci kontaktują się z Bartkiem przez internet, wyłuszczają swoje potrzeby, później następuje ustalenie ceny za usługę. Zanim Bartek poda konkretną kwotę, sprawdza delikwenta na Facebooku i – jak szczerze wyznał przedstawicielowi gazety – jeśli klient publikuje tam zdjęcia z drogich wczasów w Egipcie – cena jest o 30% wyższa. Potencjał marketingowy społecznościowych serwisów doceniło zresztą i wielu innych: wszak nie ma nic cenniejszego dla specjalistów od sprzedaży niż wiedza o tym, co kto lubi. Każdy rodzaj wiedzy jest zresztą cenny, bo jeśli ktoś został fanem jednego pubu to przecież może być potencjalnym klientem całej branży rozrywkowej. Nawet preferowany rodzaj muzyki to powód do wciągnięcia człowieka na listę tych, którzy dostaną ofertę reklamową.
 
Pewna grupa medialna dając ogłoszenie o chęci zatrudnienia redaktorki serwisu internetowego, wśród różnych, tradycyjnych punktów podała także konieczność przedstawienia linku do swojego profilu na FB. Jak zwykle w takich przypadkach przedstawiciele świata prawniczego podzielili się na dwa obozy. Jedni uważali, iż to naruszenie prawa pracy oraz ingerencja w prywatność rekrutowanych. Inni byli zdania, iż społecznościowy profil jest czymś w rodzaju wypracowania: dzieła publicznie dostępnego, powszechnie odbieranego i stanowiącego realne oraz legalne źródło wiedzy na temat osoby objętej procesem rekrutacji. To zresztą żadne odkrycie Ameryki, od lat wielu pracodawców ma zwyczaj zaglądania na FB. Zdjęcia z imprez na których jesteśmy po spożyciu, filmowy zapis wygłupów w niekompletnym stroju, daleko idące deklaracje światopoglądowe – wszystko to może zaszkodzić, sama ochrona prawna pracownika niewiele ma tu do rzeczy: w końcu zwolnić można za cokolwiek, niekoniecznie przechwalając się przy tym internetowym śledztwem. Jak podaje serwis Reppler – 91% pracodawców monitoruje społecznościową aktywność swoich przyszłych pracowników. Niecałe 70% z nich przyznaje się do odrzucenia kandydatury ze względu na publikowane przez nią w internecie treści: szczególnie źle widziane są negatywne komentarze na temat byłego pracodawcy, informacje o spożywaniu alkoholu oraz używaniu narkotyków. Dla prowadzących procesy rekrutacyjne społecznościowe serwisy to prawdziwa żyła złota: można dowiedzieć się niemal wszystkiego, szybko i za darmo.
 
Technologia może zresztą pójść jeszcze dalej – trwają (tak na przykład) prace nad systemem Facedeals. Obywatel wchodzący do jakiegokolwiek obiektu – restauracji czy sklepu – zgodnie z ideą tego projektu - zostaje sfotografowany. Mechanizm teleinformatyczny porównuje jego twarz ze zdjęciami profilowymi Facebooka i jeśli coś znajdzie, potrafi wiedzę zawartą w profilu wykorzystać. Wie już bowiem co osobnik lubi (często także – czego nie lubi), realno – wirtualny kontakt może więc zaowocować cytowanym w sieci, błyskawicznie wysłanym SMS-em: „Z twojego konta na Facebooku wynika, że lubisz frytki. W tym lokalu mamy pyszne frytki, a ty możesz je kupić za 10% taniej”. System został z powodzeniem przetestowany. Do serwisów społecznościowych przemierzyli się już także nad wyraz skutecznie psychologowie i socjologowie. Mamy kompetentne prace na temat lubienia określonych rzeczy, relacji międzyludzkich, plotki, zachowań konsumenckich i tysiąca innych spraw, w których badani nie mieli bladego pojęcia, iż w ogóle byli badani. No ale dzięki temu przynajmniej mogą dowiedzieć się, jacy są.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies