internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Postęp w wariactwie

Postęp często mierzy się miarą nie wychodzenia z domu. Skoro (za sprawą internetu) można korzystać z bankowości nie wychodząc z domu, kupić to i owo nie ruszając się ze swojego pokoju, złożyć deklarację podatkową  nie uczyniwszy ani jednego kroku to znaczy, że jest lepiej niż było. Bez wątpienia lepiej mają też medialni wariaci, choć powiedzieć należy stanowczo i wyraźnie, iż zjawisko wariactwa jest w gruncie rzeczy smutne. W końcu mało kto chce być chory, zaś choroba, z której nie zdajemy sobie sprawy jest tym bardziej przykra. Trzeba też zdefiniować pojęcia medialnego wariata: to osobnik (osobniczka), która przy pomocy środków masowego przekazu usiłuje podzielić się z szeroką publicznością swoimi teoriami, które to teorie nijak się nie mają do rzeczywistości. Zjawisko wariata lgnącego do mediów stare jest zapewne jak same media; jeśli ktoś chociaż przelotnie otarł się o gazety, radio czy telewizję ery przedsieciowej, mógł coś takiego zaobserwować.
 
W erze przedsieciowej redakcje wariatów co prawda do siebie nie zapraszały, jednakowoż w dobrym tonie było posiadanie jednego czy dwóch. Do historii śląskiej prasy przeszedł osobnik regularnie odwiedzający starą (jeszcze katowicką) siedzibę „Dziennika Zachodniego”; typ ów jednak został wyeliminowany właśnie przez internet – jako jedna z jego pierwszych ofiar. Po tym, gdy na forum dyskusyjnym wpisał, iż poszukuje wspólników w celu zamordowania bardzo znanej osoby, zainteresowała się nim aktywnie policja ze szczęśliwym finałem w postaci przymusowego leczenia. Prym w ściąganiu do siebie wariactwa dzierżyła (co oczywiste) telewizja, do której udawali się różni dziwni ludzie z jeszcze dziwniejszymi problemami.
 
Zgłosił się (na przykład) gość domagający się odszkodowania od nie wiadomo kogo tytułem wieloletniego pozbawienia wolności i wyzyskiwania artystycznego. Pan twierdził, iż porwano go śmigłowcem do Republiki Południowej Afryki, gdzie został zamknięty w piwnicy oraz zmuszony do pisania piosenek z zakresu muzyki popularnej. Miał nawet ze sobą imponującą listę utworów, do których napisał zarówno tekst, jak i muzykę. Czegóż na liście tej nie było: Led Zeppelin, Queen czy The Doors to tylko niektóre z zespołów korzystających z nielegalnego wykorzystywania talentu nieszczęśnika. Inny obywatel wynalazł metodę na rozpoznanie kosmity w tłumie ludzi (wiadomo, oni tu żyją wśród nas przebrani za statystycznych homo sapiens). W związku z tym, że na planecie normalnie zamieszkiwanej przez owych kosmicznych szpiegów nie mieli oni zwyczaju mrugać, by wprowadzić ludzkość w błąd, po wylądowaniu na Ziemi dla zmyły mrugali. Jednym zdaniem: kto mruga, ten kosmita.  Redakcje miały nawet procedury na wariatów: na przykład nie wolno było przejmować ich pojedynczo, bo w razie czego (wariactwo bywa nieprzewidywalne) lepiej mieć dwóch świadków i cztery ręce. Jeśli dziennikarz chciał pozbyć się wariata opowiadającego mu swoje historie i oczekującego na temat tych historii poważnego reportażu, należało delikwenta czymś zająć. Na przykład – odsyłając do domu kazać mu coś napisać (najlepiej na jakieś trzydzieści stron), by uszczegółowić zeznania dla lepszego przygotowania przyszłej publikacji. Większość tak potraktowanych szybko rezygnowała, nie byli aż takimi wariatami, by godzinami siedzieć przy maszynie do pisania. System przedsieciowy skutecznie odcinał czytelnika, słuchacza i widza od wariatów medialnych – artykułów i reportaży o nich nie tworzono, bo (jako się rzekło) to w gruncie rzeczy sprawa smutna. Na ulicach też ich widać nie było, bo idąc do redakcji zachowywali się normalnie, choćby po to, by do owej redakcji jednak dojść.
 
Dopiero postęp przyniesiony przez internet zmienił wszystko: dziś – zupełnie jak w przypadku bankowości, zakupów on-line i setek innych zjawisk – mogą oni szerzyć swoje medialne wariactwo bez wychodzenia z domu. Prosto, tanio i skutecznie. Mało tego, niektórzy dorobili się nawet własnych środków masowego przekazu. Nawet gdyby kazać im coś napisać, nic to nie da – w końcu nawet nie proszeni tworzą teksty w zastraszających ilościach. Żeby było jeszcze trudniej, bez wychodzenia z domu nadal nie da się określić tej cienkiej czerwonej linii oddzielającej rozsądek od szaleństwa.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies