internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Niewidzialne koty

Ogłoszenie jest krótkie, choć może wprawić w osłupienie: - Zgubiłam trzy niewidzialne kotki; może ktoś wie, co się z nimi stało? Tego nie wiemy, wiemy za to o co chodzi: to anons z modnej dziedziny spotted – internetowego systemu, w którym nieśmiali – bo nie starczyło odwagi, by zagadać na ulicy, uczelni, w autobusie - mogą odnaleźć kogoś, kto im się spodobał. Pani od kotków nie szuka jednak konkretnej osoby: to raczej ogłoszenie towarzyskie – potrzebny mi facet z romantyczną wyobraźnią (aby w ogóle widział te koty), altruista (no bo ma ich szukać) i wielbiciel nieco odjechanych partnerek (co chyba oczywiste). Zdecydowana większość ogłoszeń spotted jest bardziej konkretna: poszukujemy rudej w czerwonej sukience, zamyślonego w niebieskim swetrze lub kupującego bilet ulgowy do Oławy i ubranego w t-shirt z Madonną.
 
Facebookowa moda na zakładanie stron do poszukiwania osób według opisanej metody dziwić nie powinna, to naturalne uzupełnienie możliwości społecznościowej platformy. W końcu zaczepianie obcych ludzi – nawet na FB – bywa poczytywane za bezczelność. Ze spottowaniem sprawa jest prosta, skoro mamy ogłoszenie, możemy uczciwie czekać na reakcję, a przy okazji pokazać własną osobę:. Jak zwykle przy okazji systemów powszechnego użytku trudno tu o ortodoksyjne zasady, oprócz klasycznych wpisów poszukujących mamy więc także zwyczajne „ukradli mi rower” względnie specyfikę branżową. Na spotterowej stronie pioniera tego ruchu – liczącej dziś ponad piętnaście tysięcy użytkowników witrynie Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego znajdziemy pozdrowienia dla pani, której zdarzyło się zasnąć (i chrapać) między półkami z literaturą romańską, a zbiorem literatury rosyjskiej. Przy okazji systemów związanych z komunikacją poczytamy o uciążliwościach dnia codziennego związanych z transportem publicznym. Znajdzie się wirtualny szwarc, sieciowe mydło i cyberpowidło. Gdzieniegdzie twór projektowany jako wzorcowy projekt do szukania osób nagle stał się czymś zupełnie innym: tablicą do wymiany informacji o mających się odbyć koncertach względnie – biurem rzeczy znalezionych.
 
Zjawisko jest typowe dla ery FB – dominują użytkownicy względnie nowi, którzy z jednej strony odkryli internet nie bardzo zdając sobie sprawę z tego, że wszystko już tam wcześniej było (i randki, i zaczepki, i zaloty – także w wydaniu końskim), z drugiej strony zaś – chcą ów internet robić po swojemu. I robią, w dodatku wszyscy jednocześnie. O ile więc nie dziwi system spotterowy dużego miasta (Katowice zdołały skupić kilka grup od kilkuset po trzy tysiące osób), sporej szkoły wyższej (studenci przodują w realizowaniu opisywanego pomysłu), o tyle nagrodę Nobla można przyznać temu, kto wyjaśni po co spotting w miejscowości Kalety, gdzie i tak wszyscy znają się na wylot, a każdy wie o każdym absolutnie wszystko – nawet bez internetu.
 
Na nową modę obywatele zareagowali bardzo różnie: jedni wskoczyli w nią obiema nogami i dziś pilnie studiują wszelkie możliwe ogłoszenia, inni zaczęli z niej kpić. Pojawił się – na przykład – profil spotterów z Czarnobyla opowiadających kogo ostatnio spotkali w rejonach reaktora, choć w tym przypadku jest to raczej przejaw nie dość, że czarnego, to w dodatku radioaktywnego humoru. Jeszcze inni podjęli heroiczną próbę uporządkowania całego bałaganu – w końcu jeżeli każda polska miejscowość, każda uczelnia, liceum, gimnazjum, park, skwer i przystanek autobusowy będzie dysponować własnym środowiskiem spotterowym, zapewne trudno będzie odszukać właściwą osobę. Stąd liczne idee połączenia różnych sposobów komunikowania, różnych miejsc i różnych systemów. Problem jest tylko jeden: im większa integracja, im więcej ogłoszeń, im większa liczba osób ogłoszenia te publikujących – tym trudniej będzie przedrzeć się przez gąszcz puchnącej w oczach bazy danych. Niestety – od czasu księżniczki zamkniętej w wieży i czekającej na swojego księcia technologia pozyskiwania partnera niewiele się zmieniła:  nadal potrzebna jest cierpliwość oraz odrobina szczęścia, choć rzecz jasna czasem chodzić może nie o złapanie króliczka, tylko o samą czynność gonienia. No i może dlatego zdecydowaną większość tworzonych pośpiesznie systemów spotted czeka los trzech niewidzialnych kotków – będą widoczne jedynie dla właściciela – choć ma to oczywiście swój romantyczny wymiar.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies