internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Kołowanie kota

W nieśmiertelnym skeczu cyrku Monthy Pythona poczciwy, tytułowy kiciuś wpada w apatię. Nie wykazuje oznak zainteresowania otoczeniem, prawdopodobnie jest przygnębiony, siedzi w jednym miejscu i nic nie jest w stanie wyrwać go z letargu. Aby wyleczyć zwierzaka specjalna ekipa buduje równie specjalną scenę, na której odbywa się proces nazywany kołowaniem kota. Aktorzy znikają, pojawiają się znowu, prezentują dziwaczne ruchy, chorobliwą nadpobudliwość ruchową oraz wyszukaną mimikę. Kuracja daje w końcu niezły efekt – skołowany tymi wygłupami kot ucieka gdzie pieprz rośnie – pełen sprzecznych emocji wywołanych niezrozumiałym zachowaniem ludzi. Tego, co kot czuł w opisywanym momencie możemy bez żadnych problemów czy starań doświadczyć w globalnej sieci. Kołowanie jest bowiem internetową normą.
 
Norma uwidoczniona może zostać za sprawą maila, którego autor „zwraca się do osoby odpowiedzialnej w firmie za zakup podchlorynu”. Nawet najtwardsi zawodnicy zaczynają poważnie zastanawiać się o kogo może chodzić, gdy zaś dochodzą do wniosku, że w ich przedsiębiorstwie nikt (dosłownie nikt) nie jest odpowiedzialny za kupowanie podchlorynu – mogą wpaść w kompleksy. Mało tego: są nawet tacy, którzy nie wiedzą cóż to takiego podchloryn. Technika osoby wysyłającej owe maile jest dość kategoryczna i sprowadza się do filozofii „wszystko albo nic”. W końcu większość odbiorców kasuje maila ze skołowanym wyrazem twarzy, jednak jeśli – jakimś cudem – list faktycznie trafi do jakiegoś pracownika odpowiedzialnego za zakup podchlorynu, ów musi znajdować się w siódmym niebie. Wreszcie ktoś nie tylko docenił jego pracę, nazwał tak ważną funkcję po imieniu, ale jeszcze (jako swoisty bonus) zaproponował upragniony podchloryn.
 
Gdy dojdziemy już do siebie po kołowaniu podchlorynem przychodzi inny list: na przykład o sianku. Nadawca listu przekonuje nas, że już najwyższy czas zaopatrzyć się w sianko wigilijne – najlepiej w jego firmie. Z przerażeniem zerkamy w kalendarz, ale tam wszystko w porządku – jest dopiero piąty dzień listopada. Trudno – skołowany adresat udaje się na wskazaną stronę, by poznać szczegóły. Sugerowane sianko jest lepsze od każdego innego, ponieważ wyprodukowano je na Kaszubach, otrzymamy je wraz z okolicznościową kartką, zapakowane w świecące woreczki o całkiem nowej jakości. Po odebraniu sianka możemy już zrobić z nim co chcemy – podłożyć pod obrus w czasie kolacji wigilijnej, rozprowadzić wśród klientów swojej firmy, nade wszystko zaś wąchać, bo – zgodnie z nadesłanym listem – pachnie wprost nieziemsko. Nieziemsko skołowani ofertą powoli dochodzimy do siebie a tu już w programie pocztowym kolejna zagadka – kto mógł wpaść na pomysł wysłania nam oferty sprzedaży nieruchomości na wyspie Taborcillo? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie zagłębiamy się w treść korespondencji i dowiadujemy się tego i owego o Taborcillo – przepięknej wyspie z bogatą historią. Bogactwo historii Taborcillo sprowadza się do jednego tylko faktu – oblany wodą kawałek ziemi opodal Panamy należał kiedyś do samego Johna Wayne'a. Wśród licznych zalet wyspy (tropikalny klimat, lądowisko dla śmigłowców) wymienione jest wyjątkowo korzystne i dogodne usytuowanie tego miejsca – tylko (!!!) dziesięć godzin lotu samolotem od Europy. Niemal za rogiem.
 
Choć z drugiej strony może to operacja podobna do tego, co onegdaj zrobił niejaki Dennis Hope zajmując przy pomocy sztuczek prawnych dość pokaźne tereny na Księżycu, Marsie, Wenus oraz satelicie Jowisza – Io. Nie tylko żaden sąd nie potrafi mu ich formalnie odebrać, ale i sprzedają się całkiem nieźle, w zupełnie przystępnych cenach. Ofertę także można dostać za pośrednictwem poczty elektronicznej. Zgodnie z cennikiem akr księżycowej parceli kosztuje bowiem 145 dolarów, taniej jest na planetach wobec Ziemi sąsiedzkich, zaś księżyc Jowisza jest już praktycznie za bezcen – głupie 80 dolarów za akr. Człowiek skołowany przeróżnymi, otrzymanymi w mailach ofertach zakupienia podchlorynu, sianka czy wyspy – może się na tak korzystną ofertę zgodzić. I – na Jowisza – na jowiszowy księżyc może udać się z Latającym Cyrkiem Monthy Pythona. W końcu to tak blisko.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies