internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Funduj Rockefeller

Prawdziwym (i bodaj jedynym) punktem zwrotnym w badaniach nad wpływem mediów masowych na życie społeczne była audycja Orsona Wellesa z 1938 roku „Wojna światów”. Po wywołanej radiowym przekazem panice zaczęto zastanawiać się do czegóż też doprowadzić może przepływ informacji, obaw zaś było bez liku. Pieniądze na dogłębną analizę zjawiska wyłożyła fundacja Rockefellera – tak rozpoczęła się długa i burzliwa historia nauki zwanej medioznawstwem. Punkty zwrotne mają to do siebie, że po jakimś czasie lubią się powtarzać. Może właśnie teraz mamy kolejny zakręt medialnej historii?
 
Nazwisko Tommaso De Benedetti zapamiętać warto. Nie, nie chodzi o dziewiętnastowiecznego malarza znanego z portretów ówczesnych celebrytów, nasz Benedetti dopiero co przekroczył czterdziestkę i od kilkunastu lat próbuje szczęścia w zawodzie dziennikarza. Szczęścia – dodajmy – zmiennego, bo w realiach dzisiejszych Włoch żurnalista regionalnych mediów dostaje za tekst jakieś 30 – 40 euro. Powszechnie wiadomo, iż dziennikarstwo dobre jest znacznie droższe od byle jakiego: wymaga dokumentacji, wiedzy, doświadczenia – nade wszystko zaś – czasu. Jeśli jednak piszemy byle jak (byle szybko) – zarobimy więcej. Benedetti znalazł więc proste rozwiązanie – zaczął robić wywiady ze znanymi ludźmi: Dalajlamą, Lechem Wałęsą, Michaiłem Gorbaczowem czy papieżem. Rozmowy były błyskotliwe, ciekawe i dobrze się sprzedawały – jedyna ich wada polegała na tym, że od początku do końca wyssano je z Tommasowego palca. Autor na oczy nie widział swojego rozmówcy, wszystkie odpowiedzi zaś – są po prostu zmyślone. W dobie globalnej sieci nikogo nie dziwi, że regionalny dziennikarz przynosi do publikacji wywiad z osobą światowego formatu: wszak nawet Danuta Wałęsowa wspomina o propozycji przeprowadzenia z nią rozmowy za pośrednictwem komunikatora Skype. De Benedetti zauważył, że szczególnie dobrze redakcje płacą za teksty, w których sugeruje się pożądaną przez nie wizję świata – dajmy na to niechętną wobec prezydenta USA wypowiedź jakiegoś autorytetu.
 
Później De Benedetti zajął się uśmiercaniem ludzi – na szczęście tylko na Twitterze. Jego (prowadzone za pośrednictwem fałszywych kont) informacje o śmierci Fidela Castro, papieża czy reżysera Pedro Almodovara obiegły świat i – zanim zdążono je zdementować – wstrząsnęły tysiącami ludzi. Dziennikarz jest też autorem bloga prowadzonego pod fałszywą flagą. Na tę operację dał się nabrać francuski prezydent, który pilnie śledził kolejne wpisy, by wyrobić sobie zdanie na temat poglądów włoskiego premiera. Poglądów wymyślonych przez Tommaso. Sam Benedetti komentując swoje wyczyny mówi o słabości mediów, kompletnym braku wiarygodności serwisów społecznościowych oraz upadku dziennikarstwa. Trudno z argumentacją tą się nie zgodzić – każdy z nas może z marszu wymienić przykład opisanego gatunku. Nie tak dawno temu społecznościowe medium pisało o zwyrodnialcu z Tarnowskich Gór, który – zgodnie z sieciową teorią – miał zmasakrować psa. Choć policja szybko ustaliła prawdę docierając do nieszczęsnej pani, która w kompletnej nieświadomości wlokła pod swoim samochodem biedne zwierzę przez kilka kilometrów – do internautów to nie dotarło. Kierowany obywatelskim poczuciem obowiązku użytkownik próbował sprostować wiadomość – nieskutecznie, bo informacja o zwyrodnialcu z nożem jest ciekawsza niż tekst o nieudolnym kierowcy, do dziś nieprawdziwa wersja podgrzewa więc emocje.
 
Włoski dziennikarz w widowiskowy sposób pokazuje, iż przekaz pozbawiony weryfikacji może zrobić w cyfrowych mediach zawrotną karierę. Że – tak jak w przypadku słuchowiska Wellesa – może wywołać społeczną reakcję. Że informacja jest towarem, który – jak każdy towar podlega prawom rynku – także prawu do bycia przeterminowanym, wadliwym, wykonanym w złej intencji. Być może więc jesteśmy świadkami kolejnego punktu zwrotnego i fundacja Rockefellera powinna znów sięgnąć do zasobów finansowych rozpoczynając globalne badania nad wpływem mediów na życie społeczne. Może powinna, choć z drugiej strony – jakie macie Państwo gwarancje, że autor niniejszego tekstu nie wymyślił sobie tego wszystkiego w przypływie dobrego humoru?
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies