internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Co on sobie myśli

Gdy w lesie pod Krupskim Młynem fanatycy historii przeczesywali ściółkę w poszukiwaniu śladów zestrzelonego w czasie drugiej wojny światowej bombowca Liberator, natrafili na niewielką, pokrytą cyframi metalowa tarczę. Detal ważył kilkadziesiąt gramów i był komputerem. Tak – komputerem,  chociaż w czasach, gdy B-24 awaryjnie lądował pod Krupą, nikt nie myślał o umieszczaniu w samolotach komputera w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Powstawał już legendarny Eniac, ale – póki co – zajmował ponad siedemdziesiąt metrów kwadratowych powierzchni i potrafił niewiele. Słowa „komputer” używano jednak od dawna, pod pojęciem tym rozumiejąc przyrząd, który potrafi coś zliczyć. Temu właśnie celowi służyła znaleziona w lesie tabliczka z bombowca. Zliczała dane nawigacyjne i była liczydłem.
 
Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że nasze komputery myślą; podobnie jest z mechanizmami obecnymi w sieci. Gdy do okna wyszukiwarki wpiszemy kilka znaków, mechanizm potrafi bez większego problemu przewidzieć, o co chcemy go zapytać – kończy frazę za nas. W jakiś magiczny sposób wie lepiej od nas, czego szukamy, czyta w naszych myślach. To wrażenie mylne – Google nie wie, o co spytamy, wie jednak o co (wpisując identyczny ciąg znaków) pytały inne osoby – a były osób tych tysiące. Wykorzystując swoją bazę danych może, z dużym prawdopodobieństwem stworzyć skuteczną podpowiedź. To tylko zliczanie – w dodatku przeprowadzone prosto, liniowo – choć niesłychanie szybko.
 
Prosta arytmetyka komputera często zresztą wychodzi w prostej, codziennej eksploatacji. Czasem zdziwienie budzi sposób interpretowania przez komputer numeracji plików – dla maszyny prawidłową kolejnością nie jest bowiem sekwencja 1, 2, 3 … 10, 11, 12. Urządzenie zawsze przyjmie kolejność 1, 10, 11 a dopiero po wyczerpaniu się pozycji z jedynką na początku przejdzie do dwójki. Aby więc uzyskać normalną, „ludzką” numerację, trzeba pamiętać o zachowaniu tej samej liczby cyfr w liczbie i poprzedzić pierwszą jedynkę odpowiednią ilością zer. Takie drobne, charakterystyczne cechy komputera sprawiają, iż skłonni jesteśmy zupełnie podświadomie uznawać go za podmiot posiadający osobowość, którą – poprzez kontakt – musimy jakoś pogodzić z naszą własną osobowością. Jedni mówią więc, że komputer ich „nie słucha”, względnie „robi coś innego”, inni potrafią autentycznie się go bać czy obsypać wyzwiskami.
 
Lecz prawdziwa internetowo – komputerowa psychologia zaczyna się wtedy, gdy uwzględnimy pojęcie przestrzeni. Bo jeżeli na forum dyskusyjnym oglądamy czyjś kontrowersyjny (i naruszający nasze poczucie sprawiedliwości) wpis, to tak naprawdę nie zawsze dociera do nas mechaniczna prostota całego systemu. Te głupie, wrogie literki pokazały się wszak na naszym monitorze. Wlazły na nasze biurko, do naszego pokoju, naruszyły naszą przestrzeń intymną. Wpakowały się w strefę, która zarezerwowana bywa wyłącznie dla osób najbliższych - psując nam samopoczucie. W pewnym sensie wszystko co dociera do nas z internetu jest „nasze”, bo do nas należy i mysz, i klawiatura, i ekran. No i nie zawsze rozumiemy, że kierując słowa do współużytkowników, tak naprawdę wchodzimy na ich urządzenie, ich stolik, do ich domów. Może to właśnie miał na myśli autor słynnego cytatu, który nie życzył sobie oddawania głosów w wyborach powszechnych za pomocą sieci, bo raziła go możliwość elekcji w warunkach, gdy elektorat ma nogi na biurku i popija piwo. Wrażliwy na swoje prawa sieciowy elektorat oczywiście zareagował nerwowo i wdeptał w ziemię autora owej koncepcji, co jedynie potwierdza słuszność analizy przedstawionego mechanizmu. Agresja zaczyna się bowiem tam, gdzie dwie różne intymne przestrzenie nie mogą znieść wspólnej obecności. Internetowa przestrzeń – choć zrobiona przy pomocy szybkich liczydeł – jest czymś innym niż terytoria życia realnego. Tradycyjne stosowanie zaimków dzierżawczych już dawno przestało się sprawdzać w cyberprzestrzeni – ludzie często uznają tam coś za „swoje” nie rozumiejąc, że obszar tej – pod względem prawnym, technologicznym czy społecznym – należy do kogoś innego. I dlatego – Czytelniku – Facebook będzie twój dopiero wtedy, gdy pan Zuckerberg Ci go sprzeda, bo skoro umiesz liczyć – licz na siebie.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies