internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Lub lub nie lub

Na termometrze uczuć lubienie plasuje się prawdopodobnie gdzieś w okolicy stanów średnich. Niby jest pozytywnie i miło, ale gdzie tam prozaicznemu lubieniu do zakochania, euforii z jednej, a odrazy czy nienawiści z drugiej strony. Nawet akacjowa wyliczanka (kocha - lubi - szanuje) umieszcza uczucie lubienia pośrodku. Całe stulecia sytuacja taka odpowiadała ludzkości całkowicie; dopiero Internet - jak to zwykle bywa - zmienił usytuowanie procesu lubienia w sposób totalny: potrafił zamienić je zarówno w miłość, jak i w nienawiść.
 
Pewne małżeństwo z Izraela zakochało się w facebookowym przycisku "lubię to" i - aby uczucie to podkreślić - nadało swojej córeczce imię Like. Mała Like ukończyła już pierwszy rok życia; co ciekawe jest niewiele młodsza od samego przycisku. Uwielbienie koncepcji Open Graph - zgodnie z danym przedstawionymi przez specjalistów ze stajni Marka Zuckerberga - jest znacznie bardziej powszechne. Obliczono bowiem, że co dzień przycisk trafia na dziesięć tysięcy nowych stron, takich na których jeszcze go nie było. "Like" znajduje się na wysoce poważnych i uznanych stronach, używają go powszechnie szanowane autorytety. W tym miejscu jednak przejść musimy do skrajności numer dwa. Nienawiść do "lubię to" ogłosili bowiem Niemcy, konkretnie - urzędnicy chroniący dane osobowe w landzie Szlezwik - Holsztyn. Po analizie doszli bowiem do wniosku, iż przycisk narusza prywatność obywateli (także w świetle prawa europejskiego), w związku z czym wszystkie strony urzędowe muszą usunąć go do końca września. A jeżeli ktoś nie usunie czeka go kara: 50 tysięcy euro.
 
Trudno jednoznacznie i racjonalnie odpowiedzieć na pytanie dlaczego te skrajne uczucia rodzą się pod wpływem jednego, niedużego obiektu do klikania. Zresztą imię dla dziecka nie jest przecież wielkim problemem; nie takie ekstrawagancje wyrosły nam do tej pory na poletku masowej kultury. Skoro imię dziewczyny Lenina odzwierciedlało nadzieję, dlaczego nie może być lubienia? Co najwyżej mała Like za kilka lat, w okresie buntu wygarnie rodzicom wiele gorzkich słów prawdy. Dlaczego "lubię to" przeszkadza urzędowym obrońcom danych - też nie do końca wiadomo. Gdyby byli konsekwentni - powinni raczej zamknąć cały Internet posługując się identyczną argumentacją. W końcu Google także zbiera dane, czyni to także poważny procent wszystkich stron na świecie - pliki cookies w końcu nie takie rzeczy potrafią. Mało tego - porządna analiza ruchu na przeróżnych serwerach (których dane często dostępne są publicznie) również może niejedno ujawnić, sam niżej podpisany stwierdził ponad wszelką wątpliwość, iż pracownicy tarnogórskiego Starostwa Powiatowego lubią sobie w robocie pooglądać sklepy on-line z butami albo wpisać coś fajnego na Wikipedii. Facebook zaś to tylko Facebook - jedni go lubią - inni nie: choć trudno nie zauważyć nadciągających nad FB czarnych chmur - idą one nie tyle ze strony niemieckich urzędników, co raczej tradycyjnych gigantów Internetu.
 
Możemy jednak znaleźć wyjaśnienie nieracjonalne. Możliwe, że ktoś z urzędników poszedł do kina i akurat grali "The Social Network" - film faktycznie może do Facebooka zrazić na długo. Albo ktoś inny kliknął coś w sieci i dostał od razu Mount Everest usypany z niechcianych mail. Ewentualnie jeszcze ktoś inny zapragnął awansu jak niczego innego na świecie, za środek do zrealizowania tego celu wybrał sobie właśnie Internet. Znamienne w opisanych przypadkach jest jedno: na ogół to obywatele prezentują entuzjastyczny (często przesadnie) stosunek do globalnej sieci, państwa zaś - reprezentowane przez swoich funkcjonariuszy legitymują się postawą wobec tej sieci wrogą (równie często przesadnie). I w tym miejscu dopiero mamy pierwszy racjonalny wniosek, bo tak się składa, że Internet tworzą znacznie częściej zwykli ludzie, organizacje państwowe zaś nie tylko do powstawania sieci ręki nie przykładają, ale - jak już się za nią zabiorą - rozlega się śmiech na sali. Tak było z francuskim projektem karania spamu przez odłączenie Internetu oraz polską biblioteką pod patronatem Leszka Millera. Dlatego, gdy ktoś będzie w sprawie przeróżnych przycisków wygłaszał jakieś skrajnie emocjonalne opinie, być może powinniśmy przypomnieć sobie właściwe, tradycyjne i pozasieciowe miejsce uczucia "lubię". Miejsce to leży pośrodku.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies