internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Zupa ogórkowa

Nawet jeżeli zanurzymy się po sam czubek głowy w literaturze medioznawczej, nie sposób doszukać się fachowego opracowania dotyczącego prasowych tematów sezonu ogórkowego czyli podręcznika o tym, co w gazecie pisać, kiedy nie ma co pisać. Szkoda, bo w dziedzinie tej sporo się ostatnio zmieniło: zniknął gdzieś potwór z Loch Ness i kosmici paprzący uprawy zbóż jakimiś beznadziejnymi kręgami. Brak doniesień, iż rząd coś ukrywa, choć to akurat wytłumaczyć najłatwiej – wszak gang (podobno) kelnerów nie tylko to potwierdził, ale nawet nagrał wszystko, co politycy ukrywali. Temat zdechł. Żurnalistom w sezonie wakacyjnym przyszła jednak w sukurs globalna sieć, bo w końcu gdzie jak gdzie – w internecie sensacji nie brakuje. Tym razem wszystkie makabry tego świata zostały zastąpione przez prawdziwego upiora. Wakacje 2015 minęły bowiem pod znakiem wycieku.
 
 Pierwszy wyciek nastąpił na przełomie czerwca i lipca – winni (co oczywiste) byli hakerzy, którzy się włamali i ukradli dane. Włamali się – co może wydawać się dość szokujące – na serwery włoskiej firmy noszącej nazwę „Hacking Team”. Jeden hacking team zaatakował więc inny hacking team. Team atakujący (co oczywiste) opublikował dane drugiego teamu, jednakowoż nie ma sposobu, by sprawdzić wiarygodności tej publikacji. Z tej niesprawdzalnej publikacji wynikało zaś, iż klientem drugiego teamu było polskie Centralne Biuro Antykorupcyjne, które za niebagatelną sumę miało sobie (według owych niesprawdzonych informacji) kupić system do szpiegowania ludzi. Rychło okazało się, że system zdolny jest do wykradania ludziom haseł, przechwytywania poczty elektronicznej, podsłuchiwania telefonów komórkowych i innych nieprzyjemnych rzeczy. Jeśli więc trzymać się spiskowej teorii dziejów – CBA też chciało mieć swój hacking team. Biuro (co oczywiste) informację zdementowało o tyle, o ile powiedziało, iż działa wyłącznie zgodnie z prawem.
 
 Sytuacja unormowała się więc nieco, niebawem jednak kwestię wycieku poruszono w mediach znowu. Okazało się, iż rosyjska kancelaria prawna pana Bubnowa oraz jego partnerów poczuła się zagrożona przez wchodzący właśnie do naszych komputerów system operacyjny ze stajni Microsoftu. Windows 10 – jak dowodzili rosyjscy adwokaci – zbiera nasze dane, przesyła je car wie gdzie i komu przez co narusza prywatność tak cenioną w Federacji Rosyjskiej. Głos zabrał nawet wiceprzewodniczący rosyjskiej Dumy i zażądał wyjaśnień – ludzie Billa zaś (co oczywiste) odparli, iż okna mają ustawienia i jeżeli ktoś ustawić sobie prywatności nie umie, to niech się nauczy. Ogłoszono wówczas, iż – być może – Rosja wprowadzi sankcje i na rządowych komputerach Windowsy będą zakazane: niestety – nie podano co też Moskwa ma zamiar zainstalować sobie w zamian.
 
 Gdy ucichła sprawa okiennego wycieku pojawił się wyciek kolejny: wyciekły dane z serwisu randkowego dla zdradzających małżonków: „Ashley Madison” - dane te zostały też (co oczywiste) opublikowane i to w ilości ponad 30 milionów adresów poczty elektronicznej. Dopiero ten wyciek zaspokoił wieczny głód wiadomości sezonu ogórkowego. Niektórzy przyłapani stwierdzili, iż co prawda zarejestrowali się u tej Ashley, lecz do niczego nie doszło – zastosowali więc argumentację obecną już u mistrza Barei (palę papierosa, ale się nie zaciągam). Inni – publicznie przeprosili, jeszcze inni z wypiekami na twarzy porównywali mapę zdrad, która (co oczywiste) momentalnie powstała i porównywali liczbę niewiernych w Krapkowicach z ilością zdradzających w Ciechanowie. Gdzieś po drodze umknęło najciekawsze: motywacja. Team hakerów ogłosił bowiem, iż zaatakował serwis z powodu jego niemoralności. Nie, nie tej polegającej na zdradzaniu, chodziło o coś zupełnie innego: otóż firma spod znaku Madison pobierała nieuczciwie opłaty za usunięcie danych. Można się było wyrejestrować, jednakowoż skasowanie podanych przez delikwenta dość istotnych informacji (jak jego numer konta bankowego) można się było doczekać jedynie po uiszczeniu dodatkowej opłaty. Coś jak w tym dowcipie rysunkowym: wejście do wigwamu Czerwonego Byka – gratis, wyjście – 20 dolarów. Hakerstwo hakerstwem, ale swoją moralność trzeba mieć. Całe szczęście, że następny sezon ogórkowy dopiero za 10 miesięcy, tak więc – do następnego wycieku.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies