internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Wreszcie dotarło

Dotarły do nas dobre, klasyczne i polskie filmy, bo dwa studia filmowe dysponujące prawami do produkcji stanowiących poważny dorobek kulturowy krajowej kinematografii dogadały się z Google. Dzięki temu, w dniu premiery otrzymaliśmy możliwość oglądania między innymi „Seksmisji”, „Giuseppe w Warszawie”, „Trzech kolorów” Kieślowskiego, „Niewinnych czarodziejów”, „Faraona”, „Amatora”: w sumie - 50 tytułów, z których większość po kilku dniach odnotowała wielotysięczną oglądalność. Mimo tradycyjnego, internetowego marudzenia (rozdzielczość za mała, oferta zbyt skromna, filmy za stare oraz za mało kolorowe) nie da się zaprzeczyć, że umowa ma historyczny charakter  i bez wątpienia jest jaskółką, która ma pełne prawa, by uczynić wiosnę.
 
Dotarcie pierwsze polega na tym, iż do YouTube dotarła wreszcie prosta i przejrzysta prawda, iż internetowy film nie zaczyna się i nie kończy na młodzieńcu, który z wyskoku usiłuje staranować ścianę. Że widz chce nie tylko zabawy prostej, lecz także prawdziwej sztuki – kanonu filmowych lektur obowiązkowych każdego cywilizowanego człowieka. Że internetowa telewizja to nie tylko coś w rodzaju kina, ale także podręczna szafka z ulubionymi klasykami, do których widz lubi mieć dostęp o każdej porze dnia i nocy. Że działający od 2007 roku (i wciąż udoskonalany) system Content ID można udostępnić także podmiotowi polskiemu – nie kojarzonemu do tej pory ze jakąś szczególną aktywnością sieciową. Wówczas – studia „Kadr” i „Tor” same będą mogły usunąć z platformy YouTube film będący ich własnością, a ulokowany tam nielegalnie przez kogoś innego.
 
Dotarcie drugie sprowadza się do tego, iż zasłużone, lecz obrosłe mchem i paprocią polskie instytucje kinematograficzne zrozumiały wreszcie, że największa, najczęściej oglądana i najobfitsza w treści telewizja na świecie nazywa się nie CNN, NBC czy CBS, lecz YouTube – czy to się komuś podoba, czy nie. Że jedynie kwestią czasu – i to niekoniecznie długiego – jest sytuacja, w której sieciowy gigant należący do Google znajdzie się w każdym tradycyjnym telewizorze; podobnie zresztą jak cały internet. Że lepiej mieć niewielkie dochody z kontekstowej reklamy wyświetlanej przed i na filmach, niż nie mieć nic. Że zamiast zgłaszać roszczenie i czekać na rozpatrzenie sprawy – lepiej przycisk wysyłający pirata w przestrzeń kosmiczną mieć u siebie w firmie.
 
Wszystkich tych dotarć pewnie byśmy nie mieli, gdyby nie dwa równoległe procesy: z jednej strony YouTube od kilku lat prowadzi analogiczne rozmowy z potentatami dysponującymi prawami do filmów w wielu krajach całego świata. Lions Gate Entertainment, Sony, Metro - Goldwyn - Mayer, Warner Bros, Mosfilm: to mocno skrócona lista negocjatorów, z którymi dogadano się na wiele przeróżnych sposobów, w wielu przeróżnych kwestiach – utworów muzycznych, teledysków, filmów. Teraz – tak po prostu – przyszła kolej na nas. Z drugiej strony – nie zapominajmy o procesach sądowych, w których polscy właściciele praw do produkcji kinematograficznych próbują choć w niewielkim stopniu zatrzymać piractwo. Wspomniane wyżej (i umówione już z YT) wytwórnie, wraz z trzecią – o nazwie „Zebra” procesują się właśnie z „Chomikiem”. W oświadczeniach adwokackich studia filmowe tryskają optymizmem i głośno wypowiadają się na temat korzystnego dla nich wyroku. Znając historię takich sporów, należałoby jednak zachować pewną ostrożność. Zabijanie „Chomika” sprawą prostą nie jest i mimo wielu nowych regulacji prawnych trzeba sobie zdać sprawę z tego, iż jest to chomik cypryjski (choć świetnie mówi po polsku). Tak więc – jak zwykle, zgodnie z odwiecznym prawem fizyki wszelkie dotarcia wzięły się z dotychczasowych tarć. Dla widza ważne jest jednak to co już ma, a w perspektywie – to co mieć może. Studia filmowe zapowiadają bowiem, że na ich kanałach YouTube pojawiać się będą kolejne produkcje, zaś to, co zarobią na internetowej reklamie przeznaczą na zdigitalizowanie kolejnych tytułów, bo gdzieś tam w archiwach na swoją kolejkę czeka niemal tysiąc tytułów będących ich własnością. Google z kolei zapowiada umowy z kolejnymi właścicielami i kolejne, dobre filmy w swoim serwisie. No i tak to się dociera.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies