internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Twarzą w twarz

Doświadczony rodzic wie, że dobre dziecko zabawi się byle czym: starą szmatką, znalezionym patyczkiem albo – dajmy na to – jakąś twarzą. Ulepi podobiznę z plasteliny, zrobi makijaż lalce, względnie – przefasonuje fizjonomię jakiemuś pajacowi. Może też – i tu wchodzimy w świat tak zwanych zabawek dedykowanych – modelować twarz specjalnie przygotowaną z plastycznego materiału. Zabawką dedykowaną jest też strona www, która pozwala na ujrzenie samego siebie po upływie dwudziestu lub trzydziestu lat. Przesyłamy zdjęcie, podajemy kilka parametrów i już wiemy, jak będziemy wyglądać w rejonach połowy XXI wieku. Przy okazji można podziwiać postarzoną Jodie Foster (wypada nieźle) czy Justina Biebera (co kto lubi). Zabawka to prosta i tania, ale są światy, gdzie opisywane czynności zabawą nie są.
 
W świecie wyrafinowanych narzędzi informatycznych przewidywanie wyglądu człowieka po upływie określonego odcinka czasu nazywane jest komputerową progresją wiekową. Osoby śledzące przepisy prawa (zwłaszcza zaś zarządzenia komendanta głównego Policji) wiedzą, że stosowanie metody tej jest już codziennością. Progresję wykonuje się obowiązkowo w przypadku zaginięcia dziecka, zaś powstały w ten sposób wizerunek każdorazowo wędruje do policyjnych kartotek. W tej chwili dwanaście ośrodków w Polsce – na podstawie zebranego materiału zdjęciowego – jest w stanie sprawnie wykonać odpowiednią symulację. Potrzeba do tego niezłego grafika – często najbardziej aktualne zdjęcie dziecka pochodzi ze szkolnej legitymacji: nosi ślady pieczątki, bywa zamazane czy wygniecione. Po wyczyszczeniu fotografia trafia na warsztat oprogramowania bazującego na danych antropologicznych i anatomicznych, choć wyczucie operatora także ma w tej sprawie ogromne znaczenie. Dobry grafik potrafi wykonać nawet progresję wiekową niemowlęcia. Systemy takie wykorzystuje się również do odmładzania wizerunku – gdy trzeba zidentyfikować zwłoki lub znaleźć rodzinę starszej osoby dotkniętej utratą pamięci.
 
Dane anatomiczne, zasady budowy ludzkiej twarzy służą także celowi pokrewnemu – rozpoznaniu konkretnej osoby wśród setek, tysięcy, może nawet milionów innych ludzi. We wrześniu 2012 roku amerykańskie Federalne Biuro Śledcze otrzymało miliard dolarów na wdrożenie systemu rozpoznawania twarzy. To część prowadzonego od 2005 roku gigantycznego projektu pod nazwą NGI obejmującego wszelkie aspekty identyfikacji człowieka – od odcisków palców, poprzez dane pochodzące z kodu genetycznego, aż po niewiarygodnej wielkości bazę danych fotograficznych. System się sprawdza: z kartoteki liczącej ponad półtora miliona zdjęć oprogramowanie potrafi wyłowić konkretne osoby z dokładnością sięgającą 92%. Światowa wojna z terroryzmem sięgnęła po automaty rozpoznające wizerunek już jakiś czas temu: komputery śledzące twarze na amerykańskich czy brytyjskich lotniskach i – z dużym prawdopodobieństwem – wyłapujące podejrzane osoby, nie są wszak żadną nowością. Nie są nowością do tego stopnia, iż zaczęto nawet pracować nad pomysłami neutralizującymi ich działanie. Japońscy inżynierowie zaproponowali więc specjalne okulary wyposażone w emitery LED – podczerwień jest bowiem w stanie skutecznie uniemożliwić rozpoznanie wizerunku osoby, która rejestrowana jest za pomocą systemu rozpoznawania twarzy. Przykładów daleko szukać nie trzeba: władze Bytomia zafundowały sobie system monitoringu, który może rozpoznawać nastrój przechodniów – osoba nerwowa, utykająca czy sprawiająca nietypowe wrażenie może być tam zidentyfikowana i śledzona na ekranie. I to rozwiązanie ma swoich przeciwników.
 
Przeciwników systemy te zresztą od zawsze: nie tylko dlatego, że wrażenie robi półtoramilionowa grupa osób objętych programem NGI jeszcze w fazie testów. Powszechne rejestrowanie, porównywanie kontrefektów, przechowywanie w bazie, monitorowanie, śledzenie – to wszystko nie kojarzy się z niczym dobrym. Zwłaszcza, że wpadliśmy w panikę nie dotykając nawet obszaru najbardziej rozległego, a dotyczącego prywatności w skali największej – internetu. Tam przecież także opisywane mechanizmy pracują i pracować będą. Wszystko bowiem zależy od wspomnianego na wstępie dziecka: problem polega na tym, żeby naszymi twarzami bawiły się wyłącznie dobre dzieci. Tylko jak je rozpoznać?
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies