internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Po co jest kabaret

Polskie doświadczenia w dziedzinie kabaretu jasno dowodzą, iż po co jest kabaret – nie wiadomo. Bardzo długo twórczość kabaretową uważano za działalność w rodzaju kryptografii: artysta coś zaszyfrowywał, publiczność – odszyfrowywała, ważne zaś było to, by nie rozszyfrował niczego cenzor. Potem kabaret stał się biczem na osoby publiczne, bo skoro klasa polityczna uznała, że można wytłumaczyć się ze wszystkiego, ludzie uznali, iż wszystko można wyśmiać. Był więc w swojej przebogatej historii kabaret zarówno sumieniem narodu, patriotyczną żebypolską, opoką pieśni lirycznej a także fundamentem programowym drugiego programu publicznej telewizji. Póki nie uruchomiono specjalnego, odrębnego kanału, co pozwala wysnuć twierdzenie, że kabaret jest po to, żeby go pokazywać telewidzom. Ale może kabaret jest po to, żeby było śmiesznie?
 
 Kabaret powinien być również po to, żeby jego artystka mogła napisać książkę na temat Gruzji: tak pomyślała sobie kabaretowa wykonawczyni i dzieło owe napisała – premiera odbyła się pod koniec 2012 roku. Zaraz po premierze wybuchła bomba: autorzy bloga – również o Gruzji – stwierdzili, iż książka pani artystki zawiera mnóstwo zapożyczeń z ich strony internetowej. Mało tego – zbieżności zgrabnie porównali zakreślając kolorem to, co napisała pani od kabaretu oraz (wcześniej) oni sami. Analiza podobieństw upoważnia każdego zdrowego na umyśle człowieka do wniosku, iż książka artystki powstała w dużej części metodą „kopiuj – wklej” znanej w środowiskach młodzieżowych jako „ctrl c – ctrl v”. Kabaretowa maszyna ruszyła: blogerzy publikowali, naśmiewali się oraz żądali odszkodowania, wydawnictwo (bardzo znane, bardzo szanowane i wyjątkowo popularne) powiedziało, że chce negocjować, sama artystka oświadczyła, że po prostu zapomniała cytaty opisać jako cytaty, bo słabo się zna na pisaniu książek.
 
 Aby zrozumieć tak zwany mechanizm, musimy stwierdzić, iż plagiat – jako taki – żeruje na braku czytania i żyje tylko dzięki niemu. Ileż to razy skopiowaną treść odkrywano w pracach przeróżnych osób ze świecznika: wiele razy. A kiedy? Otóż dopiero wtedy, kiedy osoba ta wlazła na świecznik – wówczas bowiem została dokumentnie prześwietlona, także w zakresie swojej naukowej czy literackiej twórczości. Wśród miliardów terabajtów fruwających dookoła z całą pewnością plagiatów jest mnóstwo: nikt ich nie wystawił na światło dzienne, bo nikt ich nie przeczytał. Skoro tak – jeszcze trudniej zrozumieć gruzińską operację pani od kabaretu. Może liczyła na to, że autorzy (i czytelnicy) niszowego bloga nigdy po książkę nie sięgną i sprawa się nie wyda? Może uznała, że zawsze się jakoś wytłumaczy: na przykład tak, jak się wytłumaczyła. A może rzeczywiście gdzieś w zaaferowanej celebryckim życiem głowie umknął szczególik o używaniu polecenia „kopiuj – wklej”.
 
 Jakkolwiek by nie było: po dwóch latach mamy ciekawy finał. Wydawnictwo podpisało z autorami rzeczonego bloga porozumienie bez udawania się do sądu – mało tego, udało się zachować całą owcę i sytego wilka. Wilk - wydawnictwo zdążył już bowiem stosowną ilość książek sprzedać (no i co za tym idzie – na gruzińskiej książce zarobić). Owca blogowa dostała odszkodowanie finansowe oraz solenne przeprosiny. W dodatku wydawnictwo zobowiązało się usunięcia spornych fragmentów z kolejnych wydań książki, co jest o tyle nieistotne, że kolejnych wydań przedmiotowej książki ma już – najnormalniej w świecie – nie być. Z talii autorów wydawnictwa zniknie również zapewne pikowa dama z kabaretu. O tym, że internet jest środowiskiem duplikowania treści, ciągłego operowania poleceniami „kopiuj – wklej” - wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy, że infekcja ta może przedostać się do świata poważnych wydawców: poważni wydawcy zawsze bowiem stosowali wachlarze zabezpieczeń – mają redaktorów, korektorów, doktorów i recenzentów, którzy (przynajmniej w teorii) powinni sobie poradzić z każdą plagiatorską skuchą. No ale w takim razie po cóż jest ta tradycyjna machina wydawnicza, skoro jedna pani z kabaretu może zagrać jej na nosie? Może po to, po co jest i sam kabaret: żeby było śmieszniej – i już.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies