internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Ożarowice

Śląska gmina Ożarowice miała swoje pięć minut, ożarowickie minuty posiadaly zaś swoją dynamikę. Najpierw prasowe tytuły (z Ożarowicami w środku) kończyły się zamaszystym wykrzyknikiem. Później – wykrzyknikowa euforia gdzieś zginęła, wreszcie – nagłówki zaopatrzono w nostalgiczny znak zapytania. A miało być tak pięknie: gmina (jako pierwsza na świecie) planowała dostarczenie wszystkim swoim mieszkańcom darmowego sygnału internetowego, w dodatku bezprzewodowo i technologią trzeciej generacji. LTE w Ożarowicach jest, ale superszybkiego łącza na zasadzie bezpłatnego dostępu nie będzie. Bo? Bo choć się da, to jednak się nie da.
 
 Technologicznie i organizacyjnie to może by się i dało: gmina pozyskała bowiem środki (projekt kosztował ponad trzy miliardy złotych, 2,7 miliarda stanowił wkład unijny – RPO), znalazł się partner posiadający stosowne rozwiązania sprzętowe. Wójt zaczął udzielać wywiadów, znacząca większość niespełna sześciotysięcznej społeczności Ożarowic zatarła z ukontentowania dłonie, świat wstrzymał oddech i wówczas okazało się, że cała operacja zrobiona została psu na budę. Zgodnie z opinią Urzędu Komunikacji Elektronicznej darmowa i pełnoprzepustowa sieć powszechnego dostępu narusza zasadę uczciwej konkurencji.
 
 Fakt – można było na to wszystko wpaść wcześniej, bo prawo analogii już dawno temu ukłoniło się po sam pas. Analogii stosowanej bardzo często przy roztrząsaniu przeróżnych problemów życia wirtualnego poprzez przeniesienie problemu na tradycyjną, realną płaszczyznę. Skoro samorząd nie rozdaje wszystkim za darmo napojów chłodzących, obuwia sportowego, rowerów, wczasów na Krecie – nie powinien także sięgać po komercyjną domenę komercyjnych podmiotów obsługujących internet. Bo może miło jest mieć sieć za free, problem jednak w tym, że ktoś inny – legalnie i często z dużym zaangażowaniem sił oraz środków sprzedaje ją za pieniądze nazywając taką działalność działalnością gospodarczą. Jeżeli jakiś teoretyczny wójt zacznie rozdawać za darmo chleb, bułki i ciastka – zdenerwują się zapewne piekarze. Mało tego: szczęśliwy posiadacz darmowej sieci może nagle złapać się na tym, iż utracił zatrudnienie w firmie, której nie stać na konkurowanie z dotowanym unijnie wójtem. Pomysł na darmową sieć nie jest zresztą nowy – jedna z dużych partii politycznych próbowała lansować go w ramach kampanii wyborczej posługując się szóstym artykułem Konstytucji głoszącym równość obywateli w dostępie do dóbr kultury.
 
 Drugi cios w ożarowicką koncepcję nadszedł ze strony dotującej: okazało się, iż dokumenty przewidują dostęp jedynie w hotspotach, nie zaś na zasadzie masowego dostarczania sygnału do domów – nawet jeśli to dostarczanie bezprzewodowe. Granica jest zresztą w tej kwestii dość płynna, znamy wiele przypadków, gdy obywatel mieszkający blisko gminnego, publicznego punktu dostępowego traktuje go jak jedyne źródło i nie ma najmniejszego zamiaru podpisywać jakiejkolwiek umowy za jakiekolwiek pieniądze. Może ta sieć idzie wolno, no ale jednak idzie. Tu dochodzimy wreszcie do definicji tego, co może być za darmo: to sygnał niskiej przepustowości ograniczony w czasie i taka najprawdopodobniej przyszłość czeka rozwiązanie z Ożarowic. Szybkie łącza mogą pracować na rzecz podmiotów gminnych – straży pożarnej, biblioteki, szkoły oraz – co oczywiste – urzędu. Obywatel dostanie co najwyżej socjal w postaci punktu dostępowego – dokładnie na tej samej zasadzie co w setkach innych polskich gmin.
 
 Można więc opowiadać o dramacie, o złym prawie, o utraconej nadziei. Można argumentować, iż Ożarowice miały do tej pory dramatycznie niski wskaźnik dostępu do globalnej sieci – na poziomie 30% mieszkańców. Można pozyskiwać pieniądze, można planować, można nawet udzielać wywiadów opartych na koncepcji wyskakiwania przed orkiestrę. Ożarowicka orkiestra nie dokończyła swojej melodii, bo jakiś dyrygent nie rozumiał, iż sieć jest systemem. Że nie działa w oderwaniu od reszty świata, że nie da się jej rozpatrywać bez spojrzenia na całą gospodarkę jakże często przypominającą połączone ze sobą przeróżne naczynia. No i że lepiej zaczynać od znaku zapytania, kończyć zaś – wykrzyknikiem. Nie odwrotnie.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies