internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Nie sieć w pracy

Dwadzieścia pierwszych lat polskiego internetu podzielić możemy na trzy etapy, w których zagadnienie używania globalnej sieci przez pracownika najemnego podczas tak zwanej dniówki traktowane było w skrajnie różny sposób. Na etapie pierwszym niepodzielnie panował pogląd, iż tak samo jak przeciwieństwem wydajnej pracy jest nie robienie niczego, przeciwieństwem pracy w internecie jest internet w pracy. Internet w pracy był więc zwalczany, bo zamiast zajmować się pożytecznymi z punktu widzenia zajęciami, ludzie bezproduktywnie klikali w to i owo. Walkę nakręcało dodatkowo specjalne oprogramowanie pozwalające na ukrycie przed szefem tego, co się aktualnie wyświetla na monitorze. Szefowie zwarli szyki i odpowiedzieli własnymi aplikacjami. Tak zaczął się etap drugi.
 
Aplikacje szefów są wielopłaszczyznowe, posiadają też całkiem spore możliwości. Mogą zablokować oglądanie filmów lub konkretnych serwisów. Bez trudu odczytają hasła, którymi pracownik się loguje, jego korespondencję, potrafią ograniczyć czas przebywania w sieci, wiedzą kiedy program jest jedynie otwarty, zaś użytkownik w ogóle z niego nie korzysta. Aby wszystko zgodne było z prawem (oraz normami współżycia społecznego) pracodawca powinien poinformować w jaki sposób korzystać z sieci podczas wykonywania obowiązków służbowych wolno, musi także przedstawić zakres swoistej inwigilacji.
 
Argumenty używane w tej sprawie są bardzo różne: chodzi nie tylko o marnowanie czasu przeznaczonego na obowiązki, lecz także – na przykład – o coraz częściej ujawniany proceder kradzieży poufnych danych. W końcu to na czyimś pracowniczym biurku rozpoczęła się afera zakończona przekazaniem spamerom tysięcy adresów poczty elektronicznej, nie przez przypadek całe setki dopiero co zarejestrowanych firm dziwnym trafem natychmiast po wizycie w urzędzie otrzymują oferty kredytowe czy obsługi księgowej. Sprawa jest o tyle zagmatwana, że trudno było do tej pory znaleźć oparcie w zwyczaju, przepisie prawnym czy innej spisanej normie – nader często opierano się więc na interpretacji własnej. Na tej zasadzie wyrzucono z pracy obywatelkę Szwajcarii przebywającą na zwolnieniu lekarskim i w tym samym czasie publikującą teksty w serwisie społecznościowym: pracodawca doszedł bowiem do wniosku, że skoro kobieta pisała, to chora nie była.
 
Tak czy inaczej – wszystko wskazuje na to, że powoli zaczynamy wchodzić w etap trzeci – czas nie tylko unormowanego korzystania z internetu w czasie pracy, ale i coraz bardziej racjonalnego podejścia do kwestii sieci. Trzy czwarte respondentów firmy Gemius stwierdziło, iż korzystanie z sieci podczas pracy w celach prywatnych nie jest niczym złym jeżeli nie szkodzi obowiązkom służbowym. Coraz częściej podobnie myślą i szefowie: może dlatego, że coraz mniej jest etatów gdzie wystarczy odsiedzieć osiem godzin dziennie, a coraz więcej takich, w których trzeba po prostu wykonać określone zadania. Niezależnie więc od tego, czy dany osobnik będzie przebywał w internecie, czy też nie – swoje i tak musi wykonać. Może dzieje się tak dlatego, że zaczynamy rozumieć, iż nie da się pracować cały czas produktywnie i przerwa na cokolwiek (w tym sieć) jest sprawą pożądaną. Lepsza zresztą sieć niż wszechobecne jeszcze 15 lat temu papierosy czy (30 lat temu) – alkoholowa przekąska.
 
Pojawiają się też sygnały, że możliwy jest etap czwarty. W kolejnym badaniu ankietowym 56% respondentów wyraźnie powiedziało, iż nie ma zamiaru zatrudnić się w firmie, w której nie będzie miało dostępu do Facebooka. Bo sprawy mają się tak, że nie chcemy już w robocie dostawać ani ręcznika, ani mydełka, ani nawet paczki na święta. Chcemy mieć internet i wszystkie znaki na niebie oraz ziemi mówią o tym bardzo wyraźnie. Chcemy odbierać pocztę, wymieniać się opiniami w serwisach społecznościowych, czytać portale i korzystać z komunikatorów. Robi to 93% z nas poświęcając dziennie wymienionym sprawom jedną godzinę zegarową. I najprawdopodobniej, prędzej czy później zjawisko to stanie się zwyczajnym, ustawowym prawem zatrudnionego. A skoro przy badaniach jesteśmy, to wypada jeszcze dodać, iż niniejszy felieton 75% jego czytelników pozna siedząc w swojej pracy. Nie martwcie się Państwo, to żadne przestępstwo – przyjemnego czytania.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies