internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Nie dziwi nic

Zlokalizowany za naszą zachodnią granicą ustawodawca niemiecki zadziwił onegdaj swoich obywateli zakazując emitowania niektórych dokumentów księgowych za pomocą drukarki atramentowej. Przenikliwość i dar przewidywania miały jednak swoje podstawy, bo w dobie przeróżnych (także bardzo tanich i bardzo złej jakości) zamienników tuszowych mogło się przytrafić to i owo. Fakturze spreparowanej kiepskim tuszem po kilku latach groziło najzwyklejsze w świecie zniknięcie – leży sobie bowiem dokument w segregatorze, leży – aż tu nagle cały tekst stopniowo blaknie, po czym znika. Co jednak zrobić, kiedy znika nie tylko nadruk, ale w skali globu obserwujemy zjawisko znikania papieru jako nośnika informacji?
 
W warunkach narastającej od lat psychozy znikania papieru nie dziwi nic i żadna informacja nie może zostać zlekceważona. Świat polskich mediów nie zlekceważył więc rewelacji dziennikarza „Faktu”, który ogłosił publicznie, iż od stycznia 2013 roku (to już za kilka miesięcy) zniknąć ma papierowa edycja „Gazety Wyborczej”, zaś sam tytuł ukazywać się będzie wyłącznie w postaci sieciowej. Agora natychmiast fakt „Faktu” zdementowała, choć nie mogła zdementować swoich wyników finansowych za pierwsze półrocze roku 2012 – zwłaszcza zaś spadku sprzedaży o niemal 11%. Jeszcze gorzej poszło „Rzeczypospolitej” - dokładnie: dwa razy gorzej. Internet ostatniemu z tych tytułów dał się we znaki szczególnie, przeprowadzone kilka lat temu badania dowiodły, iż na jednego czytelnika kupującego „Rzeczpospolitą” papierową (i przy okazji płacącego za nią) przypada pięciu amatorów „Rzeczpospolitej” sieciowej – darmowej.
 
Skoro papier znika sprzedając się coraz gorzej, oczy medialnych planistów naturalną koleją rzeczy zwróciły się ku internetowi i wszystko wskazuje na to, że dosłownie za kilkanaście godzin będziemy świadkami kampanii wrześniowej. Od 6 września na wojnę wybierają się giganci prasowego rynku – wydawnictwo Murator („Super Express”, „Zdrowie”, „Podróże”, „Murator”), Axel Springer („Fakt”, „Przegląd Sportowy”, „Newsweek”), Polskapresse („Dziennik Zachodni”, „Dziennik Bałtycki”) oraz posiadająca „Gazetę Wyborczą” Agora. Najważniejsze i najbardziej poczytne teksty wymienionych – i innych – tytułów za chwilę dostępne będą w sieci jedynie po opłaceniu abonamentu: niecałe 10 zł za dzień użytkowania, 20 zł – za miesiąc oraz niespełna 200 zł za rok. Wspólnym mianownikiem całej operacji jest firma Piano Media ze Słowacji, która dostarcza rozwiązań technologicznych. Amatorów tekstów prasowych czeka więc olbrzymie zdziwienie, autorów akcji zaś – wielkie i nerwowe oczekiwanie jak skończy się wojna nerwów z czytelnikiem.
 
Zanim jednak kampania się zaczęła, już zdążyła podzielić medialny świat na dwa obozy: opłatooptymiści liczą na zysk, opłatosceptycy – zacierają ręce licząc na wypełnienie olbrzymiej dziury informacyjnej, jaka powstanie po zniknięciu (na własne życzenie) z polskiego rynku cyfrowego krajowych potentatów. Logika nakazuje zresztą opowiedzenie się po stronie krytyków nowego rozwiązania: czego, jak czego – treści w internecie na pewno nie zabraknie i czytelnik w kilkanaście sekund znajdzie sobie nowe artykuły u nowego dostawcy – oczywiście darmowe. Nie sposób bowiem nie zauważyć, że przychody koncernów ze sprzedaży płatnych treści to (póki co) zaledwie kilka procent tego, co uzyskuje się z lekceważonego papieru. A w tle szykują się zupełnie nowe bitwy – wydawcy tradycyjnych książek szykują amunicję w związku z polowaniem na „Chomika” uważając, że serwis – poprzez masowe i darmowe publikowanie cudzej własności intelektualnej – pozbawia ich ekonomicznej racji bytu. Będzie ciekawie, bo gdyby nie miało być ciekawie, firma za chomikowy hosting odpowiedzialna zapewne zarejestrowałaby swoją działalność w Piasecznie lub Sochaczewie, nie zaś – jak uczyniła to faktycznie – na Cyprze. Młyny sieciowej ekonomii, choć mielą bardzo powoli czasem potrafią gwałtownie przyspieszyć. Zwłaszcza w sytuacji gdy trąbiące o światowym kryzysie media same stają się jego ofiarami, bo opisywana sytuacja jak ulał pasuje do słów wyśpiewanych kiedyś przez panią Geppert - „jaka róża, taki cierń”. Właśnie dlatego oglądamy zaplanowane przez wielkich strategów akcje pod wspólnym kryptonimem. Nie dziwi nic.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies