internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Nędzne psy

Zanim film Sama Peckinpaha „Nędzne psy” (mimo wcześniejszych zarzutów o płytkie epatowanie nas przemocą) doczekał się uznania, musiało minąć kilkanaście dobrych lat. W międzyczasie tak zwany widz masowy o dziele zdążył już zapomnieć, a szkoda. Niezależnie bowiem od wspaniałej roli Dustina Hoffmana widzimy w obrazie prawdziwe studium przemiany, modelową sytuację, w której intelektualista, pacyfista, nieco fajtłapowaty doktorant pod wpływem otoczenia staje się prawdziwą maszyną do czynienia innym krzywdy. Uwolniona w najmniej spodziewanym miejscu agresja dosięga swoje ofiary nie znając pojęcia litości oraz granicy, do której może się posunąć. Wściekły Hoffman z filmu po latach wrócił. Teraz pod wieloma różnymi nazwiskami szaleje w internecie.
 
To przez internet niepohamowana wściekłość zawładnęła świętym Mikołajem. Do tej pory ofiarnie pracował nad zbieraniem datków, do kompletnej chrypy dewastował własne gardło, by orkiestra pomocy mogła w czasie świąt zagrać dla potrzebujących. Wyzwalał nieogarnione pokłady ludzkiej energii osiągając przy tym kolosalne wyniki finansowe. Jest ewenementem na skalę światową i dowodem na polską, narodową ofiarność w potrzebie; jednym zdaniem – Jerzy Owsiak to Ktoś. Ktoś nie wytrzymał jednak kolejnej internetowej prowokacji w postaci zdjęcia Ktosia w czapce ozdobionej esesmańskim symbolem oraz podpisu „Juri Owsik największy zbrodniarz wojenny odpowiedzialny za rzeź dzieci w Woodstock”. Wściekły święty Mikołaj złożył pozew do sądu i doczekał się czegoś w rodzaju satysfakcji: doprowadzony przed oblicze Temidy facebookowy osobnik stwierdzi, iż jedynie wkleił na swój profil znalezione gdzieś w sieciowej otchłani zdjęcie, później za swoją publikację przeprosił, wyraził żal, przyznał iż wstydzi się swojego czynu.
 
Polubowna rozprawa za sprawą owego kajania się oskarżonego wyglądała wręcz modelowo, Owsiak jednak - zupełnie jak Dustin Hoffman w filmie – litości nie okazał. Zażądał doprowadzenia procesu do końca oraz wydania surowego wyroku, co z dużą dozą prawdopodobieństwa nastąpi. Dyrygent Wielkiej Orkiestry uważa, iż sprawa powinna być głośna, a wyrok drakoński nie z powodu jego żądzy odwetu, lecz by wysłać wyraźny sygnał do tysięcy ludzi bez opamiętania naruszających w internecie dobra osobiste innych.
 
Kilkanaście miesięcy wcześniej sygnały wysyłać zaczął sierżant Jacek Żebryk. Historia weterana polskich misji wojskowych, który wystąpił w obronie dobrego imienia swoich kolegów obrażanych za pośrednictwem globalnej sieci pełna jest nieoczekiwanych zwrotów. Wyroki skazujące za wpisy znalezione przez sierżanta już zapadły, on sam raz jest laureatem prestiżowej nagrody, kiedy indziej – obiektem gróźb tajemniczego Bractwa Muzułmańskiego i przedmiotem policyjnej ochrony. Ale mimo widowiskowej, przebogatej otoczki medialnej sprawa żołnierza wyszukującego tekstów szkalujących armię – podobnie jak sprawa z udziałem Jerzego Owsiaka – pełna jest nieporozumień. Wciąż mówi się o jakiejś wojnie wypowiedzianej internautom, podczas gdy praktyka wyraźnie mówi, iż przed sądami stają nie tyle statystyczni internauci, co zakompleksione dziwadła nie do końca rozumiejące swoje własne działania.
 
I może obie strony odwiecznego sporu o granice wolności słowa (wyznaczanej wolnością innego człowiek) zdają sobie sprawę z tego, iż proces swoistego pisania naszej umowy z internetem wciąż jeszcze się nie zakończył. Niepisaną umowę zawarliśmy już z wieloma innymi obiektami postępu technologicznego – deal z samochodem, choć czasem bolesny – jest przecież bardzo czytelny. Nie musimy już tłuc się wołami nad polskie morze przez dwa tygodnie: auto załatwi problem w kilka godzin i to jest nasz zysk wynikający z porozumienia. Naszą stratą może być fakt, iż może w czasie takiej podróży: za sprawą wypadku w jakiś sposób ucierpimy, możemy nawet stracić życie. Do takiej umowy już przywykliśmy, teraz kształtuje się umowa z globalną siecią: będziemy mieli dostęp do wiedzy, będziemy mogli komunikować się znacznie efektywniej, ale czasem niektórzy z nas ucierpią (a może nawet zginą) – po obu stronach mentalnej barykady. Tyle, że to już nie jest film – to rzeczywistość.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies