internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Na akordeon

W telewizyjnych widowiskach (mimo iż scenarzyści dwoją się i troją) tak naprawdę trudno dostrzec chwile prawdziwej grozy. Nie tak dawno temu sztuka wyciągnięcia napięcia na najwyższe szczyty udała się w programie „Mam talent” gdy prowadzący spytał Marcina Wyrostka co też laureat kupi sobie za bardzo wysoką nagrodę pieniężną. Wyrostek zastanawiał się przez chwilę i przez całą tę długą chwilę ludność wymyślała sobie przeróżne sposoby spożytkowania kwoty. Jedni obstawiali wycieczkę do Malezji, inni – najnowszy model najlepszego auta, jeszcze inni – porządną willę z basenem. Marcin spojrzał do kamery i odrzekł krótko – kupię sobie nowy akordeon. Przez kraj nad Wisłą przetoczył się jęk zawodu.

Internet bez wątpienia jest wylęgarnią różnych pomysłów, które (tak z grubsza) dzielą się na popularne i niepopularne. Czasem jednakowoż popularność zdobywa pomysł dziwny – taki jak ten mówiący o konieczności zniesienia opłat za używanie oprogramowania czy ściągania z sieci muzyki lub filmów. Powstają nawet witryny propagujące tę ideę i szermujące ciekawymi argumentami. Jeden z argumentów jest szczególnie ciekawy, bo mówi, iż ściąganie objętych prawem autorskim plików przestępstwem być nie może. Przecież gdyby ktoś, kto plik ściągnął miał za owo dzieło zapłacić – na pewno by go nie kupił. Ściągnął, bo było za darmo. Wyrafinowanie przedstawionej argumentacji jest porażające, bo równie dobrze ktoś, kto ukradł samochód może tłumaczyć się używając argumentu, że przecież w salonie takiego auta by nigdy nie kupił, bo go najzwyczajniej w świecie nie stać.

Inny argument przekonuje nas, że oprogramowanie można łatwo kopiować, więc jego twórcy nie należy się wynagrodzenie. Problem w tym, że trudno do teorii tej przekonać samych programistów, którzy ślęczą miesiącami nad kodem (nie wspominając o tym, że uprzednio latami – i za ciężkie pieniądze – zdobywają w przeróżnych szkołach umiejętności niezbędne do swojej pracy. Kiedy już skończą, być może chcieliby otrzymać jakieś wynagrodzenie, bo niezależnie od tego jakim się jest fajnym i jak wiele osób łaskawie pochwali nas za darmową pracę – jednak z czegoś żyć trzeba, uznanie zaś nie jest produktem, który da się ugotować w garnku i spożyć na obiad. Podobnych dowodów dostarcza literatura klasyczna opisująca dwóch młodocianych obywateli, z których jeden nosi dumne imię Jan, drugi zaś - Fryderyk. Obaj chłopcy wykazują przyzwoity talent muzyczny wymagający (jak diament) oszlifowania, losy ich układają się jednak różnie. Pierwszy – ginie marnie i przechodzi do historii pod pseudonimem Janka Muzykanta ponieważ – w odróżnieniu od tego drugiego – nie posiada ani dzianych starych, ani ustawionych kolegów i koleżanek (co stało się udziałem niejakiego Szopena). Samo granie w duszy to trochę mało.

Istnieje też pewne ryzyko, że jeśli zabronimy programistom pobierać wynagrodzenie za ich pracę, kompozytorów i twórców filmów pozbawimy wypłat – może się okazać, że nikomu nie chce się pisać aplikacji nie mówiąc już o nokturnach czy nawet utworach disco polo. Skoro nie widać różnicy, to po co się męczyć? Pomysłodawcy nie zauważają też bardzo prostej prawdy mówiącej, iż świat oprogramowania już dawno stał się wszechświatem. Że mnogość licencji, liczba sposobów użytkowania (także zbiorowej pracy nad utworem) przeszła oczekiwania najbardziej optymistycznych proroków. Że niemal każdy rodzaj aplikacji do pracy na komputerze posiada swój niezły – czasem lepszy od komercyjnego brata – darmowy odpowiednik. Że są licencje umożliwiające wypróbowanie software'u przed zakupem, że zarówno darmowa oferta muzyczna, jak i filmowa poszerza się z tygodnia na tydzień.

Warto jednak zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt całej sprawy. Reżyserowi, programiście czy muzykowi z pewnością miło jest, gdy ktoś go pochwali. Pochwałą – w całej rozciągłości tego słowa – jest także nabycie za obowiązującą walutę konkretnego dzieła. I nie ma tutaj żadnych obaw, że wredny artysta całą zarobioną kwotę przepije, przejeździ po świecie, wyda na głupoty czy najnormalniej w świecie przepuści. Nie – oni naprawdę kupują te akordeony.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies