internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Internet rozjechał

Końcówka lat siedemdziesiątych obfitowała w filmy oparte na romantycznym etosie kierowcy ciężarówki. Przez niektóre stany Stanów pędziły więc przeróżne konwoje osłaniane przez mistrza kierownicy, który następnie uciekał. Szofer wielkiego wozu był bodaj ostatnim wolnym zawodem na naszym globie: jechał gdzie chciał, za nic miał policję, w razie czego zawsze pomogli kumple względnie łyżka do opon trzymana w kabinie. Gdy dziś przytrafi nam się film o kierowcy amerykańskiej ciężarówki, możemy już tylko westchnąć. Nie tylko ze względu na prezentowane spodnie czy koszule, które wyszły z mody; przede wszystkim dlatego, że za sprawą internetu nastąpił koniec wolności szofera a skrót TIR rozszyfrować możemy jako „tych internet rozjechał”.

Kilka dobrych lat temu amerykańskie służby graniczne wpadły na iście diaboliczny pomysł: wzdłuż dziurawej i często lekceważonej linii granicznej z Meksykiem ustawiono całą baterię kamer internetowych. Stróże prawa mogli wreszcie odpocząć, bo ich zadania przejęła społeczność czyli (mówiąc po ludzku) każdy kto chciał. Pewna pani chciała i głębokim rankiem obserwowała sobie z własnego domu nadgraniczny obraz pokazujący podejrzanie wyglądającą ciężarówkę. Pojazd podpadł jej od razu, bo dawał dziwne sygnały światłami i poruszał się wyjątkowo ostrożnie. Obserwatorka dała znać gdzie trzeba i służba graniczna przechwyciła prawie pół tony marihuany, która miała trafić na amerykański rynek. Wydawało się, iż wszelkiej maści obrońcy prawa będą mieli do dyspozycji potężne narzędzie – prawdziwą masę ludzkiej energii, wielookiego smoka, który nigdy nie zasypia, a skuteczny jest ponad wszelką miarę. Racjonalizacja miała dodatkowy walor finansowy, bo przecież kamerki drogie nie są, zaś społeczny inspektor to kolejny dowód na to, że skoro nie ma różnicy, to po co przepłacać zawodowcom.

Choć opisywany (a wymyślony przez władze stanu Teksas) eksperyment przeprowadzono już lata temu, przeszedł on praktycznie bez echa. Może dlatego, że transportowcy już wcześniej monitorowani byli w zupełnie inny sposób: poprzez połączenie systemu GPS oraz internetowych map dostarczanych przez Google i nie tylko. Zamiast pędzić przez bezkresne przestrzenie stanu Oregon (względnie ziemi kieleckiej) cały czas podglądani są przez wielkiego, satelitarnego brata. Dokładnie wiadomo gdzie są, z jaką poruszają się prędkością i w jakiej jadłodajni spożyli posiłek. Nawet największy mistrz największej kierownicy w takich warunkach nigdzie nie ucieknie, bo sprytny pracodawca montuje urządzonka tak, by nie dało się ich wyłączyć.

Tendencje rozwojowe są jeszcze ciekawsze. Onegdaj zaproponowano nawet, by cały ruch samochodowy odbywał się na zasadzie portalu społecznościowego. Tak więc jak w społeczności sieciowej – zgodnie z przedstawioną koncepcją – każdy kierowca może zapracować sobie na popularność. Ustąpi pierwszeństwa – dostanie wirtualny uśmiech, pomoże wymienić koło – otrzyma wirtualne serduszko. Prawo to miałoby oczywiście działać i w drugą stronę: za ochlapanie pieszego wodą z kałuży moglibyśmy dostać przydzielane przez innych użytkowników drogi punkty karne działające tak samo, jak oglądane często w sieci karne nalepki z czymś karnym w roli głównej. Z czasem dokładnie wiedzielibyśmy kto na drodze jest popularnym i lubianym dżentelmenem, kto zaś chamem bez poważania. Gdyby pomysł podchwyciły ubezpieczalnie – najlepsi otrzymaliby stosowne zniżki przy płaceniu za polisę, najgorszych czekałaby podwyżka rachunku.

Mamy jeszcze jedno „gdyby”, bo gdyby dziś przez filmową autostradę pędził bohater konwoju o kaczym pseudonimie, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej. Pierwszy z brzegu policjant (po sprawdzeniu numeru w sieciowej bazie danych) wiedziałby kto jest za kierownicą i czego może się po nim spodziewać. Zamawiający kurs nawet przez sekundę nie spuściłby z oka swojej ciężarówki – satelita przekazałby każdy jej manewr w ciągu kilku sekund. A gdyby miało dojść do jakiegoś przestępstwa, starsza pani siedząca przed laptopem na werandzie swojego domku uruchomiłaby machinę prawa. Cóż – jakie czasy, taki romantyzm.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies