internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Dowcip niezamierzony

Sytuacja z kultowego filmu: do Jerzego Kilera przychodzi obiecujący (wiele) reżyser, który pragnie uzyskać dofinansowanie swojej twórczości powołując się na słabą kondycję krajowej kinematografii. Kinematografia ta – niestety – obfituje w znaczną ilość filmów złych zwanych kaszanami, niedoszły fundator pyta więc o gwarancje, iż pieniądze zostaną spożytkowane na coś wartościowego. Do rozmowy o gwarancjach wtrąca się Dona z niezapomnianym zdaniem: - Żadnych, Jurek, zero gwarancji. Pieniądze wyrzucone w błoto. Pytanie o gwarancje należy bowiem do tak zwanych pytań trudnych i kończy często dyskusje na temat tak zwanych trudnych przypadków.
 
Przypadek portalu z dzidą w nazwie trudny z pozoru nie jest: ot – zwykły pornograficzno – wulgarno – populistyczny twór jakich w globalnej sieci wiele. Na rojącej się od reklam stronie www mamy więc kilka tysięcy przykładów żartów najniższych lotów, co wytłumaczone jest w tytule witryny: „najgłupsze dowcipy w sieci”. Aby było jeszcze głupiej, wulgarny zwrot umieszczono nawet w nazwie domenowej. Na wszelki wypadek każdego wchodzącego stosowny napis ostrzega, iż strona przeznaczona jest dla osób pełnoletnich, co oczywiście dla sprawy nie ma najmniejszego znaczenia. Biznes reprezentowany przez podobne twory jest dość prosty: osobnik o nieskomplikowanych gustach ma wejść na stronę, zachichotać radośnie na widok wulgarnego tekstu i w podzięce – kliknąć baner przynosząc zysk właścicielowi portalu. Ostatnio – za sprawą banerów właśnie – opisywanemu portalowi po raz pierwszy udał się dowcip naprawdę wysokich lotów.
 
Na pornograficznej dzidzie pojawiła się przepiękna reklama Zakładu Ubezpieczeń Społecznych opowiadająca o zaletach elektronicznej platformy przeznaczonej dla milionów klientów; zaraz potem rozpętało się piekło. Rozpętało się całkowicie słusznie, bo jak świat światem, publiczne pieniądze nie powinny być przeznaczane na promowanie przedsięwzięć o podejrzanym mocno charakterze. Wywołany do tablicy rzecznik ZUS-u winą obarczył firmę, która w imieniu społecznego ubezpieczyciela zakupiła potężny pakiet emisji banerów. Mało tego – całą kampanię nazwał „nielegalną” i zarządził przerwanie emisji na dzidzie. Firma pośrednicząca w sprzedaży banerów oficjalnie nie powiedziała nic, nieoficjalnie wypuściła z siebie jakieś okrąglutkie zdanie o dobrej współpracy i wspólnych celach. Powszechnie wiadomo, iż wynajmowani przez państwowe molochy podwykonawcy prócz funkcji tradycyjnych, mają jeszcze funkcję dodatkową: w razie czego całą winę można zwalić na nich. Nie zmienia to jednakowoż faktu, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych podjął jednak decyzję o emisji bez przedmiotowego planu emisyjnego w dodatku niespecjalnie interesując się tym, co gdzie będzie wyświetlane. Zusowscy decydenci padli też ofiarą własnej niewiedzy: świat internetowych banerów rządzi się prawami emisji automatycznych i – chociaż wiele decyzji można z góry zaprogramować – często miejsce wyświetlania jest przypadkowe. Listy witryn biorących udział w poważnej kampanii liczą tysiące pozycji – mało komu chce się sprawdzać każdą, pojedynczą pozycję.
 
Automatyzacja decyzji to zresztą problem, który urzędnicy mieć będą jeszcze wiele razy, bo często nie zdają sobie sprawy z tego, co czynią. Nie mają bladego pojęcia, że umieszczając urzędowy filmik w internecie tak naprawdę zawierają umowę z YouTube. Że prowadząc profil w serwisie społecznościowym związani są porozumieniem zawartym z FaceBookiem. Jeśli spytać ich o prawne opinie na temat owej sieciowej działalności, podnoszą ze zdumienia brwi aż po samo niebo, względnie zbierają z podłogi opadniętą widowiskowo szczękę. Prawdziwy problem będzie dopiero wtedy, gdy jakieś medialne mleko się wyleje – tak jak w przypadku Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Bo problem to prawdziwy, gdy ktoś wydaje nie swoje pieniądze nie rozumiejąc własnych czynności. Kiedy radośnie, nowocześnie, twórczo – choć bez najmniejszego sensu prowadzi się operacje pozbawione planu, kontroli i choć elementarnej przyzwoitości. Przypadek ZUS-u na dzidzie to tylko z pozoru drobny żart – jakie bowiem mamy gwarancje, że identyczne głupoty nie są wyprawiane w całej pozostałej sferze działalności tych, którzy mają dbać o naszą emerytalną przyszłość? Żadnych, Jurek – żadnych. Zero gwarancji.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies