internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Ciekawe czasy

Po wyczerpaniu całego arsenału różnych wyrafinowanych przekleństw rozwścieczony starożytny Chińczyk miał już w zanadrzu tylko jedno. Patrzył złym wzrokiem na swojego przeciwnika, zastanawiał się jeszcze chwilkę (czy aby nie przesadza) i rzucał w stronę wroga największą obelgę – obyś żył w ciekawych czasach. Jeśli klątwa zadziałała delikwent trafiał akurat na okres zmiany dynastii, jakiś najazd albo przynajmniej zamieszki. W najlepszym przypadku spędzał kilkadziesiąt lat życia na rzeźbieniu terakotowej armii. Życie w ciekawych czasach jest ulubionym zajęciem wszystkich Polaków, którzy mieszkając na skrzyżowaniu Europy czasy ciekawe mają zawsze.
 
Może właśnie dlatego wszystko co fundamentalne, epokowe i kontrowersyjne w internecie (a co inne nacje omawiają godzinami) u nas przechodzi niemal bez echa. Niemal bez echa przeszedł właśnie proces między platformą aukcyjną E-Bay będącą amerykańskim odpowiednikiem Allegro a producentem biżuterii o nazwie Tiffany. Specjaliści Tiffany obliczyli, iż 95% wszystkich produktów sygnowanych ich logo podczas sprzedaży w systemie E-Bay to podróbki. Trudno rzecz jasna stwierdzić ile w owych rachubach jest prawdy – znając proporcje między markowym piractwem w Polsce i USA można bowiem zaryzykować twierdzenie, że w takim razie nasza rodzima oferta zawierać powinna jakieś 400% falsyfikatów.  Sprzedawcy biżuterii uznali że cierpliwość nie jest wieczna (w odróżnieniu od diamentów) i poszli do sądu.
 
Zażądali nie tylko odszkodowania, lecz i wprowadzenia przez internetowe przedsiębiorstwo znacznie lepszych zabezpieczeń gwarantujących na przyszłość walkę z podróbkami. E-Bay odpowiedział grzecznie, iż na zabezpieczenia o których mowa wydaje rocznie 20 miliardów dolarów, zaś jej 250 pracowników oprócz wyłapywania oszustów podszywających się pod cudze marki nie robi nic innego. Użyto także argumentu o możliwości zgłoszenia w dowolnej chwili wątpliwości związanych z każdą transakcją. W amerykańskim społeczeństwie rozgorzała dyskusja, która trwa do dziś – mimo iż wyrok w sprawie już zapadł. Sąd podsumował cztery lata kontrowersji w bardzo prosty sposób: podróbka podróbką, ale jeśli internetowy pośrednik robi wystarczająco dużo w tej sprawie (a zdaniem sądu – owszem, robi) – jest bez winy. Ktoś na sądy najwyraźniej rzucił jednak starochińską klątwę, bo jak już przedstawiciele Temidy uporają się – choć być może chwilowo – z podróbkami, od razu wchodzi na wokandę handel elektroniczny, dane osobowe lub piractwo muzyczne.
 
Z tym ostatnim zresztą jest najciekawiej, bo wystarczy zerknąć na rapidshare, by dojść do wniosku że mit o nastoletnim, pryszczatym wielbicielu rapu nie do końca jest prawdziwy. Można bez trudu odnaleźć (jak u Monthy Pythona) całe gangi wiekowych babć i dziadków z upodobaniem piratujacych Irenę Santor, Mieczysława Fogga i Franka Sinatrę. Może więc to internet dotknięty został u samych narodzin jakimś chińskim przekleństwem, bo ciekawe czasy są w nim zawsze. Były dziesięć lat temu, są i teraz. No i może dlatego my, Polacy tak dobrze czujemy się w globalnej sieci – w końcu nikt nie zna się na ciekawych czasach tak dobrze.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies