internet - próba opisania: felietony Zbigniewa Markowskiego o internecie

Abonam-end?

Pomysłów na poprawienie tak zwanej ściągalności abonamentu radiowo – telewizyjnego było mnóstwo. W mnóstwie tym znalazły się koncepcje tchnące oddechem absurdu: takie jak idea zaglądania ludziom do samochodów. O ile bowiem listonosz czy kontroler nie może wejść do prywatnego domu, o tyle bez trudu zajrzy do kokpitu zaparkowanego na ulicy samochodu i – jeżeli w środku będzie odbiornik radiowy – może sprawdzić, czy delikwent zapłacił oraz wyegzekwować ewentualną karę. Wojna o abonament rozciągała się też na całą szerokość frontu informatycznego, bo jeszcze pół roku temu głośno mówiło się o takiej zmianie w prawie telewizyjno – radiofonicznym, by bez żadnej wątpliwości można było pobrać opłatę za kartę telewizyjną w komputerze.
 
Telewizyjna karta to zresztą jedynie szczyt lodowej góry, pojawiły się już przecież tablety zdolne odebrać sygnał rozsiewczy, są smartfony i cała masa urządzeń hybrydowych. Kiedy napięcie sięgało zenitu, w maju 2012 roku nastąpił nagły zwrot. Posiłkując się opinią prawną swoich ekspertów Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji stanęła na stanowisku, iż opłat za wymienione urządzenia teleinfomatyczne być nie powinno – są to bowiem narzędzia, których głównym celem nie jest obieranie telewizji czy radia. Telefon jest przede wszystkim do telefonowania (dopiero jego kolejna funkcja pozwala nazwać go również radiem), tablet czy laptop służą do zupełnie innych celów, choć sygnał telewizyjny odebrać potrafią. Tak samo potraktowano komputery stacjonarne podłączone do gniazd antenowych. Każdy kto choć pobieżnie obserwował desperację środowisk dążących do poprawienia stanu finansów publicznych mediów zaczął przecierać oczy ze zdumienia. Cóż takiego się stało?
 
Odpowiedź na powyższe pytanie należy chyba rozpocząć od innego, przewrotnego pytania: a cóż mogło się stać, gdyby jednak komputer, tablet i smartfon podlegały abonamentowej opłacie? Z całą pewnością prawodawca stanąłby przed murem młodych (i nie tylko młodych), gniewnych ludzi zmuszonych prawdopodobnie do powtórnego założenia charakterystycznych masek oraz wyjścia na ulice. Spotkałby się z powszechną krytyką w globalnej sieci, wyszydzaniem, wypunktowaniem i przepuszczeniem ustawy przez wysoce wydajne młyny opinii publicznej. Mało tego – zaliczenie urządzeń teleinformatycznych do puli abonamentowej nie poprawia przecież ściągalności – owszem, rozszerza zakres obowiązywania opłaty, ale nie daje żadnej gwarancji, że dodatkowo wpłynie do kasy choć jedna złotówka. Skoro na 13 milionów polskich gospodarstw domowych do posiadania telewizora przyznaje się tylko 4,2 miliona (z czego jedna czwarta terminowo opłaca abonament) to dlaczego z komputerami miałoby być inaczej? Rada nie chce więc wojny, która będzie krwawa, a zwycięstwo – iluzoryczne.
 
W całym zamieszaniu zapomniano przy tym o istocie sprawy. Wymieniając wysokości stawek abonamentu w innych europejskich krajach (na ogół albo wyższe, albo dużo wyższe niż w Polsce), snując opowieści o tym, jakich programów braknie gdy ktoś nie zapłaci abonamentu zapomniano, że to obywatel jest podmiotem prawa. Obywatel zaś – zwłaszcza gdy wcześniej z ust przyszłego premiera słyszy o konieczności zlikwidowania abonamentu –może się zdenerwować. Widzi przecież wyścig telewizji misyjnej ze stacjami komercyjnymi w konkurencji „kto zrobi głupszy program”, czyta o gwiazdorskich kontraktach i nie zawsze ma ochotę dokładać swoje złotówki do setek tysięcy wydawanych na jakąś przesympatyczną celebrytkę. Problemem polskiej telewizji i polskiego radia nie jest bowiem tragicznie niska ściągalność owej opłaty lecz brak modelu finansowania. W ostatecznym rozrachunku zresztą to i tak obywatel zapłaci za telewizję: a czy nazwiemy to dotacją, dokapitalizowaniem czy abonamentem – to już zupełnie inna kwestia. Wykładnia Krajowej Rady ma jednak jeszcze jedno istotne znaczenie: pokazała dziurę w trzeszczącej pod naporem wód tamie. Łatwo zrobić komputerowy telewizor (już dziś stosowne modele czekają w sklepach) i przedstawić coś na kształt samochodu z legendarną kratką względnie wozu Drzymały. Może więc oglądamy właśnie leciutko zarysowany napis końcowy serialu pod nazwą „abonament”. Planszę „the end”.
Górny Śląsk


Strona wykorzystuje pliki cookies